Nastały piękne czasy dla tych spośród miłośników amerykańskich komiksów, którzy swą przygodę z nimi zaczynali w czasach, gdy na polskim rynku działało wydawnictwo TM-Semic. Najpierw dostaliśmy Epic Collection Spider-Mana (dostaliśmy już pięć tomów, kolejne w zapowiedziach), następnie Batman Knightfall (wydano już trzy tomy), a teraz przyszła pora na przygody Franka Castle'a, znanego lepiej jako Punisher. Właśnie ukazał się „Krąg krwi” – należący do Epic Collection tom zbierający pierwsze przygody Franka na łamach własnej serii komiksowej (uprzednio przez kilkanaście lat pojawiał się gościnnie w innych seriach). Zapraszamy do recenzji.
Punisher (znany także swego czasu w Polsce jako Pogromca), jest z gruntu rzeczy postacią o wiele realniejszą niż większość bohaterów komiksów Marvela czy DC. Więcej ma wspólnego z bohaterami filmów akcji, niż „trykociarzami” i to do tego stopnia, że chwilami jego pełny, klasyczny, ozdobiony emblematem z czaszką kostium, jawi się czytelnikowi jako element wręcz nie na miejscu. Chyba podobnie myśleli twórcy pierwszej z filmowych adaptacji, którzy w ogóle z niego zrezygnowali. Mamy tu do czynienia z klasycznym mścicielem wymierzającym sprawiedliwość na własną rękę, czyniącym to w sposób bezwzględny i pozbawiony litości dla wszelakich szumowin, które spotyka na swojej drodze.
W czasach Semicowych Punisher był jednak postacią, którą szybko sobie odpuściłem (nie sposób było co miesiąc kupować wszystkie wychodzące komiksy, a wtedy wydawał mi się mniej interesujący niż Batman czy Spider-Man). Zapewne uczyniła tak większa ilość czytelników, gdyż przygody Franka Castle'a w pewnym momencie straciły status miesięcznika i ukazywały się już tylko sześć razy do roku. Gdy jednak po latach nadarzyła się sposobność bliższego zapoznania się z pierwszymi zeszytami serii o Punisherze zebranymi w atrakcyjnym wydaniu, stwierdziłem – „czemu by nie?”, a jako że nie znałem wcześniej żadnych spośród zebranych tu historii, podszedłem do całości z pewną rezerwą i bez sentymentów (no, zależy jakich). Jak wypadło to spotkanie?

Liczący sobie około 500 stron tom (z których ostatnie kilkadziesiąt zajmują materiały dodatkowe), zbiera pierwsze 15 zeszytów serii „Punisher” (w tym liczącą sobie pięć części miniserię z 1986 roku i 10 zeszytów regularnej serii, która wystartowała rok później), dorzucając do tego zestawu jeden zeszyt „Daredevila” ściśle powiązany z historią opowiedzianą w ostatnim z prezentowanych tu zeszytów „Punishera”, a także powieść graficzną „Gildia Zabójców” z 1988 roku.
Naszego bohatera spotykamy, gdy trafia do więzienia na wyspie Rykera. Tam będzie musiał walczyć o przetrwanie, konfrontując się z Jigsawem, bodaj najbardziej znanym ze swych przeciwników... wróć, to raczej współwięźniowie Franka będą musieli walczyć o przetrwanie aż do chwili, gdy ten zawrze układ z naczelnikiem więzienia, będącym członkiem tajemniczego stowarzyszenia „zaufanych”. Ludzie ci liczą na jego pomoc w walce z przestępczością zorganizowaną. Skutkiem wspomnianego porozumienia, Punisher odzyskuje wolność i wraca do tego, co mu wychodzi najlepiej – to jest skutecznej eksterminacji wszelkiej maści przestępców. Jednak już wkrótce pojawiają się komplikacje, a dotychczasowi sprzymierzeńcy, szybko przestają nimi być.
Pięcioczęściowa historia z rysunkami Mike'a Zecka i scenariuszem Stevena Granta (w przypadku ostatniego zeszytu zastępują ich Mike Vosburg i Jo Duffy), wypełniona jest akcją i przemocą w stylu nieodmiennie kojarzącym się z kinem sensacyjnym lat 80. Takim, w którym świetnie by się sprawdzili Sylvester Stallone, Chuck Norris, Steven Seagal czy choćby pierwszy odtwórca roli Punishera – Dolph Lundgren. Historia ta wprowadza nas w klimaty, które towarzyszyć nam będą właściwie do samego końca omawianego tomu. W kolejnych zeszytach nasz bohater bierze sobie za cel mafiozów, handlarzy narkotyków działających w USA i Ameryce Południowej, fanatyków o skrajnych poglądach, czy nawiedzonych kaznodziejów. W tym ostatnim przypadku mamy do czynienia z wyraźną inspiracją postacią Jima Jonesa, lidera apokaliptycznej sekty. W wydarzenia oparte na rzeczywistości wmieszany zostaje jednak nasz bohater, co niesie ze sobą dość drastyczne różnice w stosunku do tego, co się faktycznie wydarzyło (zagrywka trochę w stylu ostatniego filmu Tarantino). Jest to bodaj jedna z ciekawszych historii w tym tomie, choć noszące znamiona niedbałości rysunki Klausa Jansona nieco zaburzają jej odbiór.

W kolejnych historiach natkniemy się na klasyczne elementy takie jak agenci obcych wywiadów, arabscy terroryści, czy wymachujący mieczami Azjaci. W starciach z kolejnymi przeciwnikami Frank może liczyć na wsparcie ze strony swego wiernego pomocnika Microchipa, który odpowiada za zaopatrzenie Punishera w broń i pojazdy, a także syna tegoż pomocnika. W ostatniej spośród historii pochodzących z regularnej serii, dojdzie także do konfrontacji z Daredevilem, która przedstawiona zostaje... dwukrotnie (zeszyt serii „Daredevil” opowiada o tych samych wydarzeniach z innej perspektywy). W zasadzie można by uznać, że w zupełności wystarczyłaby nam pierwsza wersja tej historii (w dodatku lepiej narysowana, bo spod ręki Whilce'a Portacio) trudno mi jednak powiedzieć, czy wątki poruszane w zeszycie Daredevila będą miały wpływ na losy Franka w przyszłości – jeśli nie, można je było sobie odpuścić. W tym miejscu wypadałoby wspomnieć, że sam Daredevil to jeden z nielicznych elementów noszących znamiona fantastyki – drugim są lecznicze umiejętności wspomnianego wcześniej Wielebnego. Punisher pozostaje jednak postacią, której fantastyka na dobrą sprawę nie jest do niczego potrzebna i nawet lepiej, że jest jej tu tyle, co nic. Pozwala to trzymać się przyjętej konwencji.
Ostatnią z serwowanych tu historii jest powieść graficzna „Gildia Zabójców” z całkiem zgrabnym scenariuszem (Jo Duffy) i klimatycznymi, mrocznymi rysunkami (Jorge Zaffino). Raz jeszcze na pierwszy plan wychodzą wątki okołoazjatyckie, a sam Punisher nie tylko kasuje tu kolejnych przeciwników, ale nie stroni także od cielesnych przyjemności. Zresztą, na łamach całego tomu nasz bohater niczym James Bond odhacza co najmniej kilka partnerek. Nie ma w tym zakresie specjalnych skrupułów, nawet wtedy, gdy trafia mu się okazja zaliczenia żony człowieka, który prosił go o jej uratowanie. Gdy zaś zachodzi taka potrzeba, nie ma również najmniejszych oporów, by wrogo doń nastawionym kobietom pozwolić umrzeć, czy też złamać dane słowo. Z pewnością nie mamy tu do czynienia z typem szlachetnego bohatera bez skazy. Nie ma wątpliwości, że motto, któremu Frank Castle hołduje, brzmi „cel uświęca środki”.
Na deser zostają nam dodatki, na które składa się galeria okładek i materiałów promocyjnych, kilka artykułów, w tym posłowie Ralpha Macchio, spora ilość szkiców stron z zeszytów rysowanych przez Mike'a Zecka, profil Franka zaczerpnięty z „Official handbook of the Marvel Universe” #10 i strony redakcyjne z „Punisher Magazine”.

W zasadzie większość tomu czyta się dobrze i bez znudzenia. Scenariusze, choć nie powalają błyskotliwością, trzymają równy, solidny, jak na tego typu komiks poziom. W trakcie lektury ma się nieustanne wrażenie obcowania z niezłym materiałem na pełnokrwisty film akcji, czy nawet serial sensacyjny, który z powodzeniem mógłby zostać nakręcony w latach 80. Nieco gorzej przedstawia się sytuacja ze stroną graficzną całego tomu. Ogólnie rzecz ujmując: szału nie ma. O ile otwierająca historia rysowana przez Mike'a Zecka wygląda przyzwoicie, tak w momencie, gdy na kolejne 100 stron obowiązki rysownika przejmuje Klaus Janson, sytuacja wyraźnie się pogarsza. Staranność rysunków pozostawia sporo do życzenia, czasami wręcz trudno rozpoznać niektóre z postaci na poszczególnych panelach. Niewielka poprawa następuje z chwilą, gdy Jansona zastępuje David Ross, a następnie już wyraźna, kiedy pod koniec tomu za rysunki bierze się Whilce Portacio. Niestety na minus odstaje w moim odczuciu także „Daredevil” rysowany przez Johna Romitę Jr.
Samo wydanie prezentuje się bardzo dobrze, do czego zdążyły nas już przyzwyczaić kolejne tomy Epic Collection Spider-Mana. Cieszy solidny zestaw materiałów dodatkowych pod koniec tomu (choć nie zaszkodziłoby, gdyby część z zawartych tam grafik była prezentowana w większym rozmiarze) Problemów z tłumaczeniem autorstwa Marka Starosty nie stwierdzono (całe szczęście, że Frank nie rzuca irytującym „O jeny”, jak to ma zwyczaju czynić Spider-Man w wydaniu tego tłumacza). Ogólne wrażenie z lektury jest jak najbardziej pozytywne. Nie należy oczywiście oczekiwać scenariuszowych wodotrysków, mamy tu bowiem do czynienia ze stosunkowo prostymi historyjkami, ale stworzony przez scenarzystów i rysowników klimat, jak i dobre tempo całości nie pozwalają się nudzić (co zdarzało mi się chwilami przy recenzowanym ostatnio trzecim tomie „Knightfall”). I choć nie miałem wcześniej do czynienia z tymi zeszytami, to nawet bez pomocy różowego szkiełka nostalgii z przyjemnością przeczytałem całość bez wrażenia obcowania z czymś przestarzałym i przesadnie naiwnym, a co za tym idzie – z niecierpliwością czekam na więcej.
„Punisher. Epic Collection: Krąg krwi” zbiera zeszyty: Punisher #1-5 (1986) oraz Punisher #1-10 (1987-1988), Daredevil #257 i Punisher: Gildia Zabójców (1988).
Oceny końcowe
Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.
* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja
|
Scenariusz |
Steven Grant, Jo Duffy, Mike Baron, Ann Nocenti |
|
Rysunki |
Mike Zeck, Mike Vosburg, Klaus Janson, Dave Ross, Whilce Portacio, John Romita Jr, Jorge Zaffino |
|
Przekład |
Marek Starosta |
|
Oprawa |
twarda |
|
Liczba stron |
504 |
|
Druk |
kolor |
|
Format |
170x260 mm |
|
Wydawnictwo oryginału |
Marvel Comics |
|
Data premiery |
23 marca 2022 |
Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu do recenzji.
zdj. Egmont / Marvel