„Ulica Strachu – część 2: 1978” – przedpremierowa recenzja filmu. Gdzie jesteś, Jasonie?

Już na najbliższy piątek Netflix zaplanował premierę drugiego rozdziału trylogii grozy, opartej na serii powieści R.L. Stine’a, nazywanego czasem Stephenem Kingiem młodzieżowej grozy. Zapraszamy do lektury naszej recenzji filmu „Ulica Strachu – część 2: 1978”.

Na końcu recenzji pierwszego filmu, który mimo niekłamanego entuzjazmu odebrałem jednak jako mocno przeciętny, zastanawiałem się, czy rozwinięcie historii będzie od debiutu trylogii Netfliksa trochę lepsze. I nie jest. Ale na pocieszenie „Ulica Strachu – część 2: 1978” nie jest też z całą pewnością ani gorsza, ani na dobrą sprawę zbytnio do zeszłotygodniowego filmu podobna. W drugim rozdziale, cofającym akcję o niemal dwie dekady, twórcy sięgają po nieco inne wzorce w kontekście przywoływania znajomych formuł. Wraz z odejściem od konwencji halloweenowych zabójców rozlewających fontanny krwi w blasku błękitno-czerwonych neonów, przenosimy się na teren wakacyjnego kempingu, w rodzaju cyklu „Piątek trzynastego”.

Kontynuując opowieść z pierwszej części, film podejmuje starszą historię leżącą za koszmarną renomą Shadyside, miasteczka dosłownych dead-endów z cyklu powieści Stine’a. Film rozpoczyna się, co prawda, w miejscu, w którym zakończyła się jedynka, ale dzięki szybko wyprowadzonej retrospekcji, widzowie bez przesadnych dłużyzn trafiają do tytułowego obozu, na którym wkrótce dojdzie do makabrycznej zbrodni. Główne bohaterki, Cindy Berman i jej siostra Ziggy (w tej roli znana jako Max ze „Stranger Things” Sadie Sink), to zwaśnione rodzeństwo z niezabliźnioną traumą. Pierwsza jest obozowym świętoszkiem zakumplowanym z kadrą opiekunów. Druga to dziwaczka z zadziornym usposobieniem i wiszącym nad głową „ostatnim ostrzeżeniem” przed odesłaniem do domu. Obie na swój sposób mierzą się z wykluczeniem z grupy i obie wkrótce otrzymają przyspieszony kurs z dojrzewania, gdy na terenie obozu pojawi się opętany zabójca.

Zgodnie z oczekiwaniami „Ulica Strachu 2” to wciąż masywny ukłon do najfajniejszych slasherów i epoki w historii kina, która odeszła, ale na skutek kinowo-streamingowej nekromancji coraz chętniej przywraca się ją do życia. Elementy odpowiedzialne za podkreślanie owej nostalgicznej podróży raziły w wybranych momentach jedynki, ale w „1978” osiągają wręcz karykaturalne proporcje. Uwagę zwrócimy w tym kontekście zwłaszcza na ścieżkę dźwiękową, która zarzuca widzów jednym radiowym hiciorem z odległych dekad za drugim, sztucznie podnosząc jakość poszczególnych scen. Nie przesadzając, „Ulica Strachu 2” z powodzeniem zagrałaby jako mordercza gra do picia – przy założeniu, że shota opróżniamy za każdym razem, gdy scenę otwiera zupełnie w tym miejscu niepotrzebny rockowy klasyk, na podłodze znaleźlibyśmy się zapewne znacznie szybciej niż którykolwiek z masakrowanych na ekranie dzieciaków.

ulica strachu czesc 2 1978

Obok soundtracku przeklejonego z kasety Star-Lorda i ostentacyjnych dyskusji o książkach Stephena Kinga, kolejna wycieczka do klasyki ma jednak i swoje dobre, bardziej świadome strony. Znajduje się tu na przykład ciekawy zwrot akcji, który twórcy wyprowadzają nie tylko z jednej fabularnej nieścisłości, a właśnie w oparciu o naszą znajomość klasycznych slasherowych tropów, zwłaszcza motywu final girl. Sama historia drugiego filmu, motywacje i wątki poszczególnych bohaterów są zdecydowanie bardziej czytelne i nieco bardziej angażujące od nieznośnie szybkiej jedynki. Większa przejrzystość ma jednak swoją cenę. Jakkolwiek tempo pierwszego filmu zdolne było wyobcować część widowni, tak zasadnicza część „Ulicy Strachu 2” to szeregowy thriller z zupełnie bezbarwnym antagonistą i monotonnym rytmem.

Większa część filmu dzieli uwagę miedzy obie siostry, co owocuje rozróżnieniem dwóch wątków biegnących według odmiennych wzorców rozwoju – slashera i przygodowego dreszczowca. Jeden z nich zostaje jednak szybko w narracji sprowadzony do roli montażowego showstoppera i wykorzystywany jako narzędzie wstrzymywania głównej części akcji. Będzie to szczególnie rozczarowujące dla tych widzów „Ulicy Strachu 2: 1978”, którzy liczyli na nieco szersze rozwinięcie wątku ciążącej na Shadyside klątwy i cytowanej w rymowankach wiedźmy. Podczas gdy rolę pełnoprawnej historii-genezy zagra najwyraźniej dopiero zapowiedziana na kolejny tydzień część trzecia, „1978” to ładna, ale przeważnie bardzo tendencyjna gra z widzem. Smętna od momentu, w którym wyczuwamy, że nic nowego się już raczej nie wydarzy. Rozczarowująca, bo zabójca to blady cień Jasona Vorheesa, który nie może się w takich okolicznościach fabuły nie przypomnieć.

Podobnie jak w przypadku pierwszego filmu, nie zabrakło też w „Ulicy Strachu 2” elementów, które zagrały na tyle skutecznie, by większość widzów chciała sprawdzić, jak się to wszystko w przyszłym tygodni zakończy. Wątek poróżnionych sióstr, a więc i rdzeń całej opowieści, otrzymuje mocny, emocjonalny finał. Porażająca brutalność działa przeważnie na korzyść suspensu, a nie wyłącznie w roli paskudnego ozdobnika. W „1978” znalazło się też miejsce na (nieco) humoru i samodystansu, co z miejsca wyróżnia film na tle większości głównonurtowych dreszczowców o podobnej tematyce. Widowisko charakteryzuje też spora lekkość i rozrywkowość. Biorąc pod uwagę model dystrybucyjny „jeden film na tydzień”, „Ulica Strachu” to streamingowy happening i dokładnie tak warto ją konsumować. Mimo że, nie ma co ukrywać, pod koniec lipca nie będziemy o niej pewnie pamiętać.

Ocena „Ulica Strachu 2 – część 2: 1978”: 3+/6

zdj. Netflix