„What If…?” – recenzja pierwszego odcinka animacji Marvela. Pocztówki z multiwersum

Na platformie Disney+ pojawił się debiutancki odcinek serii „What If…?”, w której poznamy alternatywne przygody najpopularniejszych superbohaterów Marvela. Jak wypada pierwsza animacja osadzona w Marvel Cinematic Universe? Dowiecie się tego z naszej recenzji.

Czas, przestrzeń i rzeczywistość nie są liniową ścieżką, a pryzmatem nieograniczonych możliwości – zapowiada głos narratora (w tej roli Jeffrey Wright) w czołówce „What If…?”. Wstęp do najnowszej produkcji Marvela kojarzyć się może z klasyczną „Strefą mroku”, w ramach której podobny monolog wypowiadał zawsze Rod Serling, przygotowując widzów do zderzenia z dziwacznymi okolicznościami każdego z odcinków. Gotowość do zaakceptowania poszerzonych (bardziej niż zwykle) granic możliwości przyda się z pewnością widzom MCU, bo superbohaterska wytwórnia od dłuższego czasu zbiera się do pełnoprawnego wprowadzenia pojęcia multiwersum. Zanim zasugerowany jeszcze w ostatnim „Spider-Manie” równoległy wieloświat wyraźniej odznaczy się na pełnometrażowych kinowych widowiskach, Marvel układa fundamenty w streamingu. Z widzowską percepcją pobawił się ostatnio znakomity „Loki”, ale teraz wytwórnia poszła o krok dalej i otworzyła (wykopała) drzwi do równoległych wymiarów, zapoznając nas z bohaterami, których niby dobrze znamy, ale – jak się okazuje – możemy poznać i na nowo i w zupełnie innym wydaniu.

Pierwsza (z dziewięciu zapowiedzianych) animacji opowiada odmienioną wersję wydarzeń z „Kapitana Ameryki: Pierwszego starcia”. Premierowy odcinek odpowiada na pytanie, jak potoczyłaby się historia, gdyby miano superżołnierza przyjął nie Steve Rogers, a Peggy Carter. Spreparowana w ten sposób Kapitan Carter, brytyjska superbohaterka z czerwonym krzyżem zamiast białej gwiazdy na tarczy, podejmuje misję przewidzianą pierwotnie dla pierwszego Avengera i rusza śladem nazistów, mierząc się przy tym z odwróconym wektorem jej postaci w oczach nie tylko widowni, a również zdominowanego przez mężczyzn otoczenia.

Bez większych zaskoczeń (dotychczasowa tendencja Marvela na Disney+ mówi sama za siebie) „What If…?” to świetna propozycja dla fanów komiksowego uniwersum. O ile debiutancki odcinek okaże się wyznacznikiem kondycji wszystkich pozostałych rozdziałów, produkcja rysuje się niczym zestaw zwartych miniopowieści, w których nacisk położono przede wszystkim na zawrotną akcję i lekką zabawę formą. Znakomita pierwsza animacja obfituje w charakterystyczny dowcip i wywrotowe pomysły, które wykorzystują na opak wszystko, co wiemy o tym zakątku uniwersum. Poprzez zremiksowany scenariusz Marvel sprawdza też naszą znajomość superbohaterskiego świata, zachęca do porównań i pomysłowo obala jeden czy dwa stereotypy. W kontekście oprawy wizualnej, „What If...?” wykorzystuje metodę znaną jako cel-shading, polegającą na obróbce grafiki trójwymiarowej w taki sposób, by stworzyć wrażenie odręcznie wykonanej animacji. Efektem jest w tym przypadku ciekawa hybryda widowiska filmowego i wypłaszczonej, wprawionej w ruch opowieści obrazkowej. Twórcy zadbali też o obsadzenie w rolach głosowych swoich pełnometrażowych odpowiedników. Usłyszymy tu niemal wszystkie gwiazdy „Pierwszego starcia”: Hayley Atwell, Samuela L. Jacksona, Stanleya Tucciego, Dominica Coopera, Neala McDonough i Sebastiana Stana. W obsadzie zabrakło oczywiście Hugo Weavinga, który lata temu poróżnił się z wytwórnią z powodu wynagrodzenia, ale wstępujący w jego miejsce Ross Marquand znakomicie naśladuje drobne manieryzmy aktora – wszak robił to już w „Wojnie bez granic” i „Końcu gry”. Co ciekawe, w roli Steve’a Rogersa nie pojawił się Chris Evans, a do złudzenia imitujący jego barwę Josh Keaton.

marvel what if

Znajomość kinowego pierwowzoru przenosi się przede wszystkim na brak konieczności nadmiernego tłumaczenia poszczególnych elementów fabuły i terminologii: Tesseraktu, serum superżołnierza, HYDRY itd. Pierwszy odcinek „What If…?” kompresuje sporo filmowej ekspozycji i pospiesznie wyprowadza kolejne, przekształcone zwroty fabularne. Choć akcja jest wartka i nie znajdziemy w debiutanckiej półgodzinie ani jednej flegmatycznej minuty, zaproponowane tempo ma też swoje mniej pozytywne strony. „What If…?” najpewniej nie będzie oglądało się dobrze widzom, którzy z filmowymi pierwowzorami przedstawionych tu wydarzeń nie mieli styczności wcale. Narracja pierwszego odcinka operuje przede wszystkim „w porównaniu” do filmu z 2011 roku. Przygoda Kapitan Carter skrojona jest niemal wyłącznie dla stałych bywalców MCU – najwidoczniej rysuje się to w skopiowanych z „Pierwszego starcia” kompozycjach i przeniesionych dialogach, które w nowej historii powracają jak międzywymiarowa rymowanka. Dodajmy, że odcinek kończy się w takim miejscu, że naprawdę chciałoby się zobaczyć, gdzie powędrowałoby to wszystko dalej. I kto wie, może jeszcze zobaczymy. Jeden z producentów serialu wspominał ostatnio, że „What If…?” odegra w uniwersum znacznie większą rolę, niż mogłoby się to wydawać po pierwszych zapowiedziach.

Na rozwój serii „What If…?” w kolejnych odcinkach warto więc patrzeć ze szczególną uwagą. Podejmując znane fabuły w przeinaczonej wersji, Marvelowi udaje się wiele rzeczy jednocześnie: wytwórnia szykuje grunt pod wieloświatowość, która charakteryzować będzie kinowe widowiska czwartej fazy, pomysłowo rozwija znane postacie i sprytnie weryfikuje fanowską czujność. W komiksach elseworldowe narracje to (prawie) zawsze świetna zabawa, a w połączeniu z jakością każdego z ostatnich projektów Marvel Studios już widać, że niewiele może się tu nie udać.

Ocena pierwszego odcinka „What If...?”: 5/6

zdj. Marvel / Disney