„Andor” – przedpremierowa recenzja serialu z „Gwiezdnych wojen”. Łotr 2049

W najbliższą środę, 21 września, fani „Gwiezdnych wojen” powrócą do odległej galaktyki za sprawą kolejnego aktorskiego serialu osadzonego w uniwersum stworzonym przez George’a Lucasa. Jak sprawdzają się pierwsze cztery odcinki nowej produkcji nawiązującej do filmu „Łotr 1”? Zapraszamy do lektury naszej przedpremierowej recenzji.

Dużo było szumu wokół The Volume, technologii produkcyjnej opartej na gigantycznych modułach LED, ale najnowsze dobrodziejstwo sprzętowe w dorobku Disneya i Lucasfilmu okazało się tylko częściowym sukcesem. Jak pokazał przykład „Obi-Wana Kenobiego” – bodaj najbardziej wyczekiwanej produkcji Disney+ w odległej, odległej galaktyce – użycie sztucznych scenografii, generowanych na masywnych ekranach w czasie rzeczywistym, wymaga ogromnego wyczulenia w kadrowaniu i kompozycji i zarazem niezwykłej staranności w inscenizowaniu elementów faktycznie na planie obecnych. Mówiąc skrótowo – tam, gdzie technologia posłużyła „Mandalorianowi” w pospieszeniu i urealnieniu produkcji, tam zaszkodziła dobrze zapowiadającemu się z początku „Kenobiemu”. Najmocniej hajpowany tytuł Lucasfilmu okazał się sporym niewypałem i choć problem leżał przede wszystkim po stronie bardzo nierównego tekstu, to właśnie osobliwa jak na wysoki budżet formalna mdłość przykuła oko po premierowych odcinkach.

W przypadku „Andora”, kronikującego wczesne losy tytułowego rebelianta, już od trailerów widać było, że produkcja nie toczyła się w warunkach realizacyjnych kopiujących grafiki Mandowersum. Zapowiadano raczej powrót (czy raczej debiut – w kontekście „Star Wars” na Disney+) do jakości kinowej wytyczonej zwłaszcza hołubionym przez fanów prequelem „Nowej nadziei”. Choć mało kto tak naprawdę wyczekiwał „Andora”, gdy projekt został po raz pierwszy zapowiedziany, pierwsze zwiastuny wręcz zachwyciły skalą przedsięwzięcia. Nic dziwnego. Old-schoolowi twórcy serii, Dan i (zwłaszcza) Tony Gilroy, odrzucili Volume i nakręcili serial w plenerach, w otoczeniu drobiazgowych scenografii rzeczywiście wzniesionych specjalnie na potrzeby serialu. I choć należy docenić, że Lucasfilm przoduje we wprowadzeniu nowych technik realizacyjnych, wrażenie ogromnego, żyjącego świata „Andor” zawdzięcza powrotowi do starych, ale sprawdzonych metod. Ale nie tylko temu. W czterech pierwszych odcinkach, które Disney pokazał recenzentom, w oczy rzuca się przede wszystkim fakt, że w opozycji do powstałego na zamówienie (wytwórni, ale i fanów) „Kenobiego”, „Andora” poprzedził i zainicjował oryginalny pomysł, który przeniesiono na ekran z rozmysłem i wyraźną wizją.

PGM-000329_R-min.jpg

Wstęp do „Andora” przez chwilę przypomina pierwsze spotkanie z młodym Hanem Solo w filmie Rona Howarda. Podobnie jak ulubiony awanturnik z gwiezdnej sagi Lucasa, bohater Diega Luny należy bowiem do tej części galaktyki, która zaczyna się po „złej stronie torów” (z jednej sceny dialogowej dowiadujemy się wręcz, że wewnątrz uniwersum obaj ci bohaterowie mogli na pewnym etapie przeciąć szlaki, bo obaj służyli w kompanii karnej podczas konfliktu na Mimban z „Solo”). Na różnice nie trzeba jednak długo czekać. Pierwsze spotkanie z przyszłym rebeliantem rozgrywa się w kosmicznym zamtuzie w posępnej korporacyjnej dzielnicy planety Morlana One, która bardziej niż „Gwiezdne wojny” przypomina uniwersum „Blade Runnera 2049” (inspiracje tą estetyką widać w każdym kącie „Andora”). Nie kończy się też ono brawurowym pościgiem na modłę „Solo”, a tragedią o kompletnie bezsensownym wydźwięku. Finał prologu nie przypomina zarazem ani wprowadzenia romantycznego antyherosa z twarzą Aldena Ehrenreicha, ani żadnego innego gwiezdnowojennego protagonisty. Cassian Andor to żaden heros (jeszcze), a gość nieustannie zmuszany do brudnej walki o przetrwanie w galaktyce ery Imperium. Taki, który w desperacji nie cofnie się przed odebraniem życia – w okolicznościach, które zmarszczyłyby czoło każdemu Jedi. Widzieliśmy to już na początku „Łotra 1” (serial rozgrywa się na pięć lat przed akcją filmu), ale scenariusz „Andora” przenosi tę bezkompromisowość w bardziej intymne i zarazem ciekawsze dla postaci okoliczności. Dodajmy, że kamera – prowadzona w pierwszych trzech odcinkach przez reżysera Toby’ego Haynesa i w czwartym przez Susannę White – przygląda się Cassianowi z uwagą i konsekwentnością rzadko spotykaną w produkcjach spod tego szyldu, porównywalną wręcz do najlepszych, literackich odsłon „Gwiezdnych wojen”

Podobną wnikliwość twórcy przenoszą w filmowanie scenografii. Na przestrzeni recenzowanych odcinków akcja przetasowuje wprawdzie kilka różnych lokacji, ale w pierwszych trzech (układających się w jeden wydłużony akt serialu) trzyma się ujednoliconej przestrzeni: konsekwentnie rozwija w niej relacje między bohaterami, obrazuje warunki życia i pomysłową technologię, buduje powiązania i zacieśnia antagonizmy. Odwracając stosunek sił, który z reguły wiąże narracje z „Gwiezdnych wojen”, fabuła pozostaje w tle czujnego opowiadania atmosferą. W tym kontekście „Andor” to mocne odejście od lżejszej konwencji action adventure (w stylu „Kenobiego”) i epizodycznej pulpy w klimatach „Mandaloriana”. To złożony, wolno rozgrywany i wymagający z początku nieco cierpliwości thriller (wczesne opinie stawiały na porównania do brytyjskiego kina szpiegowskiego) z przechyleniem ku wątkom psychologicznym (w granicach, ma się rozumieć, czysto rozrywkowych). W tym kontekście, największe zainteresowanie budzi z resztą nie sam Andor – a przynajmniej nie tylko on – a szereg postaci drugiego planu: inspektor bezpieczeństwa Syril (w tej roli Kyle Soller), senator Mon Mothma (w przyszłą przywódczynię Rebelii wciela się powracająca do roli Genevieve O'Reilly) i jej tajemniczy współspiskowiec Luthen (znakomity Stellan Skarsgård), który kamufluje działalność wywrotową jako właściciel luksusowego sklepu z antykami na Coruscant.

andor-przedpremierowa-recenzja-serialu-z-gwiezdnych-wojen-lotr-2049.jpg

Co ciekawe, to w niewielkiej salce z artefaktami wypatrzymy w czwartym odcinku najwięcej odniesień do ustalonego gwiezdnowojennego uniwersum (czujne oko wypatrzy w tle między innymi elementy mandalorianskiej zbroi). Najczęściej można bowiem odnieść wrażenie, że Tony Gilroy chce za wszelką cenę opóźnić wprowadzenie najbardziej charakterystycznych elementów świata George'a Lucasa. W pierwszych epizodach serialu nie usłyszymy więc klasycznych motywów muzycznych (jest za to kapitalna, minimalistyczna oprawa Nicholasa Brittela), nie zobaczymy jeszcze szturmowców, znajomych droidów i kultowych statków kosmicznych, a jedna ze scen urwie się na sekundę przed klasycznym ujęciem skoku w nadświetlną. Nie uświadczymy też ani otwartego fanserwisu, ani bardziej nieoczywistych odniesień do poprzednich opowieści. Taką surową odrębnością, „Andor” zaskarbia sobie ciekawą niszę w obrębie „Gwiezdnych wojen”, a wręcz eksperymentuje z ramami, w jakich można je opowiadać. Z dużym powodzeniem.

Ocena serialu „Andor” (odcinki 1-4): 5/6

 

zdj. Disney