MISSION ACCOMPLISHED: Ewolucja serii „Mission: Impossible” – Część II

Pod koniec lipca na łamach portalu Filmożercy.com zaprezentowaliśmy artykuł poświęcony historii oraz ewolucji serii „Mission: Impossible (wszystkich zainteresowanych zapraszam do lektury). Tekst poświęconym był serialowemu rodowodowi tytułu, a także trzem pierwszym odsłonom kinowego cyklu, więc wiadomo było, że ciąg dalszy musi nastąpić. Siódma część franczyzy, czyli „Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One”, już po tygodniu od zawitania do polskiego repertuaru kinowego musiała mierzyć się z silną konkurencją w postaci „BarbieGrety Gerwig lub „OppenheimeraChristophera Nolana. Mimo fenomenu Barbenheimer film McQuarrie’ego jest wciąż wyświetlany i wciąż jest doskonałym pretekstem do dyskusji na temat rozwijanej od dwudziestu siedmiu lat marki. Zanurzmy się zatem w dalsze przygody agentów IMF – ekipy od zadań niewykonalnych.

Druga połowa pierwszej dekady XXI wieku nie była najszczęśliwszym okresem w karierze Toma Cruise’a, a brak szerszego zainteresowania filmem „Mission: Impossible III” nie stanowił głównego problemu gwiazdy serii. Opinia publiczna była bardziej zaintrygowana medycznymi poradami aktora lub wypowiedziami na temat scjentologii niż jakością ekranowego performance’u. Poskutkowało to nie tylko niezadowalającymi wynikami finansowymi – zwłaszcza na rynku amerykańskim – najnowszych dzieł z jego udziałem („Walkiria” lub „Wybuchowa para”), ale również zakończeniem wieloletniej, owocnej współpracy z Paramount Pictures. Ówcześnie zestawienie tych czynników zwiastować mogło zmierzch szlachetnej franczyzy, na szczęście jednak niższe od oczekiwanych wpływy po premierze trzeciej części okazały się głównie box office’ową czkawką po filmie Johna Woo, a separacja z wytwórnią Adolpha Zukora zakończyła się zaledwie po niespełna trzech latach. Po zrealizowaniu swojego drugiego reżyserskiego projektu, czyli swobodnego rebootu cyklu „Star Trek”, J.J. Abrams – tym razem wyłącznie w roli producenta – ponownie nawiązał kooperację. W ten sposób na początku 2010 roku rozpoczęły się prace preprodukcyjne do obrazu, który miał zrewolucjonizować standardy popisów kaskaderskich oraz nadać serii „Mission: Impossible” swój styl, a także konsekwentnie rozwijaną tożsamość filmową.

Rogue_Cruise_02.png

Tym razem do napisania scenariusza zostali zatrudnieni André Nemec i Josh Appelbaum, którzy już wcześniej współpracowali z Abramsem przy siedmiu odcinkach serialu „Agentka o stu twarzach”. W kwestii obsadzenia reżyserskiego stołka producenci ponownie postawili na niepewnego zawodnika – choć wśród kandydatów można było znaleźć nazwiska twórców, takich jak Ruben Fleischer lub Edgar Wright, to posadę otrzymał ostatecznie Brad Bird. Dla amerykańskiego artysty, weterana animacji i laureata dwóch Nagród Akademii Filmowej za „Iniemamocnych” oraz „Ratatuj”, miał to być debiut u sterów wysokobudżetowej produkcji aktorskiej. Niemniej – prócz kreatywnych i odważnych sekwencji akcji, to może właśnie plastyczna wrażliwość Birda miała ostatecznie stać się ojcem sukcesu „Mission: Impossible – Ghost Protocol”. Wszak przygody superbohaterskiej rodziny wydają się mieć wspólne źródło twórczych intencji z kolejną misją niemożliwą – intryga zakorzeniona w klasyce kina szpiegowskiego podana z solidną dawką akcji, okazjonalnym humorem i narracyjną lekkością. Do bardzo wąskiego katalogu postaci powracających na ekran dołącza, wcielający się w Benjiego Dunna, fenomenalny Simon Pegg i – ku radości fanów – otrzymuje tym razem więcej czasu ekranowego. Nowymi członkami w drużynie Ethana Hunta zostali Paula Patton jako Jane Carter, a także Jeremy Renner, którego obsadzenie wywołało medialny szum wokół funkcji aktora we franczyzie. Zakładano, iż może on być nową twarzą cyklu, przejmując funkcję protagonisty zamiast Cruise’a… Historia brutalnie zweryfikowała te założenia.

W listopadzie 2010 roku, czyli na długo przed rozpoczęciem oficjalnej kampanii reklamowej, wzrok kinomanów zwrócił się w kierunku Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na fotosach z planu zdjęciowego mogliśmy zobaczyć Toma Cruise’a we własnej osobie, wspinającego się na sto trzydzieste piętro po ścianie najwyższego budynku na ziemi – Burdż Chalifa w Dubaju. Firma ubezpieczająca blockbuster nie mogła pozwolić na to, by czterdziestoośmioletni gwiazdor samodzielnie podjął się zadania, ale ten znalazł sposób… Zwolnił ubezpieczyciela, zatrudniając takiego, który zgodził się na jego warunki. Widok aktora zmagającego się z gładką powierzchnią wieżowca był nie tylko zapowiedzią zmieniającego reguły gry wyczynu kaskaderskiego i najambitniejszej sceny akcji w dotychczasowej tradycji „Mission: Impossible”. Przede wszystkim to ostateczne potwierdzenie totalnego zaangażowania odtwórcy głównej roli w jakość kinowego spektaklu. Niezależnie od tego, czy jest to efekt uzależnienia od adrenaliny, syndrom osobowości histrionicznej, czy też szczere poświęcenie dla sztuki oraz rozrywki publiczności, to misja została wykonana. Ujęcia, na których Hunt zapewnia widzom nową edycję swoich podniebnych akrobacji, realnie znajdując się ponad czterysta pięćdziesiąt metrów nad poziomem chodnika stały się nie tylko osią marketingu, ale również najbardziej pamiętną sceną w filmie utkanym z pamiętnych scen.

Rogue_Cruise_03.png

Mission: Impossible – Ghost Protocol” porwał widzów fenomenalną inscenizacją, sprawną reżyserią oraz quasi-komediowym zacięciem, które równocześnie nie degraduje suspensu i poczucia zagrożenia. O idealną orientację w geografii przestrzeni, a także oddanie skali zadbał znakomity operator, Robert Elswit, a Michaelowi Giacchino – powracającemu na stanowisko kompozytora po pracy nad poprzednią częścią – zawdzięczamy jedną z najbardziej charakternych ścieżek dźwiękowych cyklu. Film w reżyserii Brada Birda zadebiutował w amerykańskich kina 7 grudnia 2011 roku, będąc jedynym obrazem w serii, który nie miał premiery w sezonie letnim. Przegrywając wyścig o atencję widzów podczas otwierającego weekendu z produkcją „Sherlock Holmes: Gra cieni”, nowe przygody Ethana Hunta ostatecznie zaskarbiły sobie uznanie publiczności, a także recenzentów, finalnie odnotowując wynik bliski siedmiuset milionów dolarów przychodu na całym świecie. Ówcześnie nie był to wyłącznie największy sukces komercyjny w historii marki, ale również – w dotychczasowej karierze Toma Cruise’a. Był to wyraźny sygnał, że rozpoczynamy nowy rozdział, a na solidnym fundamencie „Mission: Impossible III” zbudowano dzieło, wyznaczające właściwy kierunek rozwoju oraz spójny z kolejnymi odsłonami styl.

Jeżeli film w reżyserii Abramsa można potraktować jako obietnicę potencjału drzemiącego w niewykonalnych misjach agentów IMF, to Brad Bird spełnił tę obietnicę pięć lat później. Oszałamiająco pozytywny odbiór czwartej odsłony był gwarancją kontynuacji, a prace preprodukcyjne rozpoczęto niemal natychmiast. Już w kwietniu 2012 roku na łamach portalu Collider pisano o wątpliwym powrocie Birda na reżyserski stołek, a sam zainteresowany to potwierdzał, argumentując, że jest to część uroku tej serii – nowy film, nowy twórca, nowe ujęcie opowieści. W końcu poznaliśmy następcę autora „Stalowego giganta” – był nim Christopher McQuarrie. Oscarowy zwycięzca za scenariusz do filmu „Podejrzani” nie posiadał wielkiego doświadczenia za kamerą, ale zdążył już udowodnić swoją rzemieślniczą sprawność przy okazji reżyserskiego debiutu, czyli „Desperaci” z 2000 roku, a następnie w produkcji „Jack Reacher: Jednym strzałem” z Tomem Cruisem na czele obsady. McQuarrie miał również swój skromny udział w scenariuszowych poprawkach do „Ghost Protocol” i to on jest odpowiedzialny za zmianę losów znanej z części trzeciej Julii, żony Hunta granej przez Michelle Monaghan, która pierwotnie miała zostać permanentnie usunięta z kolejnych odsłon.

Rogue_Cruise_04.png

Do napisania historii przymierzani byli Drew Pearce oraz Will Staples, ale ostatecznie tego zadania podjął się sam reżyser, chociaż proces powstawania scenariusza nie miał klasycznego przebiegu… Już w przypadku filmów Briana De Palmy i Johna Woo źródła donosiły o nieustannych aktualizacjach w tekście lub budowaniu go wokół wcześniej zaplanowanych sekwencjach dynamicznej akcji. W obrazie McQuarrie’ego taktyka stawiania fabularnych fundamentów urosła do rangi nieformalnej improwizacji, a kolejne linijki dialogów były dopisywane już w trakcie okresu zdjęciowego, który rozpoczął się w sierpniu 2014 roku. Poza, obecnymi od zarania kinowej franczyzy, Cruisem i Vingem Rhamesem do swoich postaci powracają Jeremy Renner, a także Simon Pegg, dzięki któremu przygody Hunta podjęły eksplorację rejonów podgatunku buddy movie jak nigdy dotąd. Wśród nowych twarzy przed kamerą zdecydowanie warto wyróżnić jedno nazwisko – Rebecca Ferguson. Jej Ilsa Faust to filmowa figura à la femme fatale, której ta seria potrzebowała – czarująca i niebezpieczna agentka brytyjskiego wywiadu, inwigilująca środowisko międzynarodowej organizacji terrorystycznej. Teoretycznie cele tej postaci pokrywają się z misją protagonisty, ale funkcja, jaką wykonuje dla MI6, nie pozwala na pełną kooperację z nim. Wpływa to na interesującą dynamikę relacji bohaterów, czyniąc z niej niegodnego zaufania sprzymierzeńca bądź nieoczywistą siłę antagonistyczną w zależności od kontekstu.

Kampania reklamowa, koncentrująca się na wielkiej wspinaczce na sto trzydzieste piętro wieżowca Burdż Chalifa zaowocowała zainteresowaniem widzów, które przekuło się w miliony dolarów. Oczywiste zatem było, że następca „Ghost Protocol” powinien celować wyżej, aby budzić ciekawość i zaskakiwać publiczność. Tom Cruise zaangażował się tym razem nawet w kilka ekranowych atrakcji, które zarówno imponują skalą i maestrią inscenizacji, jak i nasuwają pytania o stan psychiczny aktora. Tym razem gwiazdę „Top Gun” możemy zobaczyć poza kokpitem, a konkretniej – chwytającego się zamkniętych drzwi wbijającego się w powietrze wojskowego samolotu transportowego Airbus A400M. Ponadto, uczestniczy w złożonej podwodnej sekwencji, która wymagała od niego wstrzymania oddechu na sześć minut, a także w doskonale zmontowanym pościgu motocyklowym w Maroku. Co interesujące – do otwierającej sceny startującego samolotu cyfrowo dodano efekt drżenia kadru. Okazało się bowiem, że zarejestrowany obraz był tak krystalicznie przejrzysty, iż twórcy obawiali się o padanie w wątpliwość wrażenia realizmu w percepcji widza. Fani cyklu zacierali ręce z podekscytowania, gdy w marcu 2015 roku zakończył się okres zdjęciowy, po czym zdradzająca fragmenty kolejnej misji maszyna marketingowa poszła w ruch.

Rogue_Cruise_05.png

Pod koniec lipca 2015 roku w jednej z filmowych lokacji, czyli w Wiedeńskiej Operze Narodowej, odbyła się uroczysta premiera piątej odsłony cyklu – „Mission: Impossible – Rouge Nation”. Dzieło McQuarrie’ego zadebiutowało w kinach prawie pół roku przed pierwotnie zarezerwowaną datą, jednak przesunięcie terminu na lato pozwoliło na uniknięcie kinowej batalii z siódmym epizodem „Gwiezdnych wojen”. Przyspieszona, letnia premiera jest o tyle zaskakująca z powodu przerwy na planie zdjęciowym – reżyser, niezadowolony z oryginalnego finału opowieści, zdecydował się na zatrzymanie prac w celu zrewidowania swoich pomysłów i przepisania zakończenia. McQuarrie wybrał skromne zwieńczenie historii na osnutych mrokiem londyńskich uliczkach, gdzie dochodzi do ostatecznego starcia z Syndykatem – organizacją niemal żywcem wyjętą z powieści Iana Fleminga, która jest równocześnie odniesieniem do serialu Bruce’a Gellera. Trafione pomysły i kreatywne rozwiązania popłaciły – znakomita reżyseria, imponujący montaż, innowacyjne sceny akcji, a także chemia między bohaterami zaowocowały następnym artystycznym, a także kasowym sukcesem.

Tom Cruise podejmując się każdej kolejnej niewykonalnej misji udowadnia, że w repertuarze jest wciąż miejsce dla opowiedzianego z werwą, dynamicznego kina szpiegowskiego. Zamiłowanie do analogowych form wyrazu połączone z fanatyczną wręcz potrzebą uchwycenia złożonych, fizycznie wymagających sekwencji w obiektywie kamery stało się definicją serii „Mission: Impossible” – przekucie tytułowej „niemożliwości” w wyzwanie realizacyjne. Popisy kaskaderskie na planie, które stały się siłą marketingową tych produkcji bez wątpienia są wabikiem na widza, ale nie można odmówić im serca i szczerych intencji w staraniach o zagwarantowanie namacalnego wręcz doświadczenia kinowego bez obierania ścieżek na skróty. Zresztą – sceny akcji nie są przecież jedną wartością tej marki, która intryguje progresywnością w poszukiwaniu właściwej formy, nietuzinkowym suspensem, wariacjami gatunkowymi, a także coraz większym naciskiem na bohaterów oraz dynamikę ich relacji. „Ghost Protocol” ustabilizował charakter opowieści, a dzięki ponownemu zatrudnieniu Roberta Elswita jako operatora kontynuacji, udało się zachować jej wizualny język mimo zmiany reżysera. To rzadki przypadek cyklu, którego każda kolejna odsłona od czasu drugiej części robi coraz większe wrażenie, a „Mission: Impossible – Rouge Nation” zdaje się być ukoronowaniem tej drogi. Czy jest zatem możliwe, aby następna misja Ethana Hunta była jeszcze lepszym filmem?

Ciąg dalszy nastąpi…

zdj. Paramount Pictures