„Punisher. Epic Collection: Kingpin rządzi” – recenzja komiksu. Solidna dokładka.

Na sklepowych półkach zagościł niedawno drugi tom komiksu „Punisher: Epic Collection”. Jak wypada kolejna odsłona przygód popularnego antybohatera Marvela? Zapraszamy do jego recenzji.

Na wstępie wspomnę o tym, że w nowym tomie znajdziemy sporo zawartości znanej tym, którzy pamiętają jeszcze zeszyty TM-Semic z początku lat 90. Mnie akurat większość ominęła, bowiem znajomość z Punisherem zawarłem dopiero przy okazji zeszytu 8/1991, którego treść znajdzie się w kolejnym epicu, ale przy okazji nadrabiania zaległych numerów zdarzyło mi się później czytać dwa zeszyty wchodzące w skład niniejszego wydania. Większych sentymentów do nich nie żywię, więc także i tym razem ocena końcowa nie będzie na nich zyskiwać. Jedno  jest raczej pewne – jeśli komuś przypadł do gustu poprzedni tom, to i ten powinien – styl i klimat typowy dla akcyjniaków lat 80. zostaje tu utrzymany, stosowane są podobne chwyty (jak choćby inspiracje prawdziwymi psychopatami przy tworzeniu łotrów, z którymi mierzy się Frank Castle – tym razem mamy tu dość oczywisty odpowiednik Mansona), a nasz bohater wciąż brutalnie i bez skrupułów rozprawia się z kolejnymi przestępcami. Z pewnością nieco lepiej niż poprzednio prezentuje się szata graficzna – największy udział w ilustrowaniu zamieszczonych tu historii mają Whilce Portacio i Erik Larsen – obydwaj doskonale się tu odnajdują. Z pierwszym z wymienionych artystów zaczynamy cały tom, podczas gdy w towarzystwie rysunków Larsena będziemy go kończyć.

Na rozgrzewkę historia, w której Frank udaje się do Meksyku, gdzie tropiąc przemytników ludzi, trafia do chaty pewnego szamana. Nawiedzają go tu duchy przeszłości – co prawda scenarzyści będą nam przypominać przyczyny krucjaty Punishera praktycznie w każdym zeszycie (co w pewnym momencie zaczyna się robić z lekka męczące), ale tym razem wątek ten ma większe niż zazwyczaj znaczenie. Zaraz potem przechodzimy do „Punisher Annual #1” i tutaj, podobnie jak to miało miejsce w przypadku serii „Amazing Spider-Man Epic Collection”, następuje pewien zjazd formy, choć nie tak drastyczny jak to zwykle bywało w przypadku Pajączka. Pierwsza historia, „Ewolucyjny dżihad”, ilustrowana sprawną ręką Marka Texeiry, to starcie Punishera z handlarzami narkotyków w Kolumbii, potem z kolei na pierwszy plan wychodzi Micro w historii „3 serca” a na koniec mamy niespecjalnie smakowity deser w postaci krótkiej opowieści o Wielkim Ewolucjoniście stanowiącej zaledwie wycinek większej historii. Następnie wracamy do regularnej serii (a obowiązki rysownika na powrót przejmuje Whilce Portacio) i śledzimy opatrzoną szachowymi tytułami kolejnych rozdziałów konfrontację Franka z marvelowskim odpowiednikiem gangu Mansona, w której wspierać Punishera będą nowi znajomi (do których lepiej się jednak zbytnio nie przywiązywać). Po uporaniu się z zagrożeniem, nasz bohater zostaje... nauczycielem. Na chwilę, ma się rozumieć, ale opowieść ta (nawet niezła, nawiasem mówiąc) stanowi wstęp do głównej atrakcji tomu, to jest oczywiście historii z Kingpinem w roli głównego przeciwnika, która zajmie nieco ponad 100 kolejnych stron. Ta wciągająca i pełna zwrotów akcji (i samej akcji) historia byłaby z pewnością materiałem na dobry film, problemem jest tylko to, że trudno tu o satysfakcjonujące zakończenie, gdy za głównego przeciwnika robi ktoś, kogo, rzecz oczywista, scenarzyści nie mogą uśmiercić. Mimo to finałowa konfrontacja z Kingpinem wypada całkiem nieźle (choć nie rewelacyjnie), a prowadzące do niej wydarzenia śledziłem z nieustającym zainteresowaniem (całkiem zgrabnie prowadzony jest tu do pewnego momentu wątek młodego hakera).

Kolejne zeszyty to wycieczki Franka kolejno do Australii i Vegas. Krótkie, takie sobie historyjki ze słabszymi niż dotychczas rysunkami, za które odpowiadają Larry Stroman i Shea Anton Pensa. Nic nad czym warto byłoby się dłużej zatrzymywać. Po nich niestety kolejny annual, a więc i garść kolejnych słabszych historyjek – spotkanie z Moon Knightem, Viper oraz „wężoludźmi” – osobiście nie przepadam za sytuacją, gdy uniwersum Marvela zbyt wyraźnie zaznacza swą obecność w życiu Franka za sprawą elementów fantastycznych, a dokładnie z tym mamy tu do czynienia. Do kompletu kolejna (nieco ciekawsza od poprzedniej) solowa przygoda Micro; kilkustronicowa prezentacja technik, którymi posługuje się Punisher – godna uwagi za sprawą ilustrującego ją Jima Lee, oraz nikomu niepotrzebna wstawka o kulcie Seta.

Kiedy mamy już to wszystko za sobą, raz jeszcze wracamy do regularnej serii, tym razem w ilustrowanej przez Erika Larsena historii, w której Frank zajmując się sprawą ustawianych walk bokserskich zostaje wplątany w konflikt dwóch wrogich sobie sił wywodzących się z dalekiej Japonii. Po raz kolejny tak popularne pod koniec lat 80. wątki orientalne (ninja, samurajskie miecze, te sprawy) wychodzą na pierwszy plan, choć dzieje się to stopniowo, na przestrzeni kilku kolejnych zeszytów – z początku mamy tylko „obóz treningowy ninja”, który z japońskimi zabójcami ma tak naprawdę niewiele wspólnego. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że te dłuższe, rozbudowane historie sprawdzają się w tym tomie zdecydowanie lepiej od „jednostrzałówek”. Pozwalają się nieco bardziej zaangażować w opowieść i czerpać z niej zdecydowanie więcej satysfakcji. To oczywiście wciąż proste fabuły rodem z kina klasy B, ale solidne i mające swój urok. Podczas lektury kilku ostatnich zeszytów co najmniej kilka razy docierało do mnie jak wiernie oddawał ducha tych komiksów film z Dolphem Lundgrenem w roli Franka Castle. Wielka szkoda, że nie powstała nigdy kontynuacja z tym samym aktorem, jednak dość zbliżony klimat znaleźć można w powstałym dwa lata później filmie „Showdown in Little Tokyo” (gdzie obok Dolpha Lundgrena pojawiają się także Brandon Lee i Cary-Hiroyuki Tagawa). Wybuchowy, ale i dość na szybko odbębniony finał ostatniej zawartej w tym tomie historii zostawia pewien niedosyt, ale ogólne wrażenie z lektury całości pozostaje pozytywne.

Podsumowując – „Kingpin rządzi” zasadniczo trzyma poziom – z jednej strony w stosunku do tomu pierwszego mamy tu zwyżkę formy pod względem szaty graficznej – w końcu za większość materiału odpowiadają solidni, trzymający wysoki poziom twórcy, z drugiej jednak mamy nieco słabsze scenariusze – średnią zaniżają przede wszystkim nieszczęsne annuale. Jest też jeden problem tyczący się głównej serii. Chodzi o dość rozczarowujące traktowanie przez głównego scenarzystę Mike'a Barona wprowadzanych od czasu do czasu pomocników naszego bohatera i innych dobrze rokujących postaci drugoplanowych. Bywa, że niektóre z nich zdają się mieć potencjał i aż prosiło się, by zrobić z nimi coś ciekawego – niestety scenarzysta przeważnie woli czym prędzej pozbyć się tych figur z szachownicy i spłukać je w klozecie. Mimo tego mankamentu lekturę większej części tomu uznaję za miło spędzony czas (jak to często bywa przy tego typu sentymentalnych podróżach w odległą przeszłość) i podobnie jak po lekturze tomu pierwszego – czekam na więcej.

Samo wydanie już tradycyjnie przedstawia się bardzo dobrze. Tłumaczenie Marka Starosty nie razi usterkami, a w ramach dodatków otrzymujemy kilka stron grafik oraz posłowie Ralpha Macchio.

„Punisher. Epic Collection: Krąg krwi” zbiera zeszyty:  Punisher #11-25 oraz Punisher Annual #1-2 z lat 1988-1989.

Oceny końcowe komiksu: „Punisher. Epic Collection: Kingpin rządzi”:

4
Scenariusz
4
Rysunki
5
Tłumaczenie
6
Wydanie
5+
Przystępność*
4+
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

Mike Baron, Roger Salick, Mark Gruenwald, Peter Sanderson

Rysunki

Mark Texeira, Whilce Portacio, Larry Stroman, Shea Anton Pensa, Bill Reinhold, Erik Larsen, Mike Vosburg, Paris Cullins, Tod Smith, Jim Lee, Mark Bagley

Przekład

Marek Starosta

Oprawa

twarda

Liczba stron

480

Druk

kolor

Format

170x260 mm

Wydawnictwo oryginału

Marvel Comics

Data premiery

28 czerwca 2023

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu do recenzji.

zdj. Egmont / Marvel