„The Book of Boba Fett” – recenzja pierwszego odcinka serialu. Za kilka kredytów mniej

Na Disney+ zadebiutował dziś pierwszy odcinek serialu „The Book of Boba Fett”, będącego zarazem pierwszym spin-offem hitowego „The Mandalorian” i długo wyczekiwanym projektem z „Gwiezdnych wojen”, w którym centralną rolę obejmuje kultowy łowca nagród. Jak wypadło pierwsze spotkanie z serialem? Zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Wraz z wielkim sukcesem obu sezonów „The Mandalorian”, Disney otrzymał wyraźne potwierdzenie, że aktorskie „Gwiezdne wojny” mogą sprawdzić się w ramach telewizji. Nowym opowieściom towarzyszyła też odmienna atmosfera, choć w duchu były one bardzo zbliżone do konwencjonalnej wizji na „Star Wars”. Na pomniejszonej skali uwidoczniły się kameralniejsze narracje odległej galaktyki, oprawione w wyraźnie odróżnione od klasycznej partytury Johna Williamsa neowesternowe kompozycje Ludwiga Göranssona. Eksperyment zagrał – pokazał widzom i twórcom, że galaktykę George'a Lucasa z powodzeniem oddalić można od tego, do czego przyzwyczaiła Saga Skywalkerów. Jednocześnie „The Mandalorian” zdołał udowodnić, że mitologiczną skalę „Gwiezdnych wojen” można przerobić w cotygodniową pulpę: lekkie historie o niższych stawkach i płytszej narracji, utrzymane w podobnym kluczu i bez podejmowania większego ryzyka.

Choć serial zadowolił większość fanów, były też i słabsze elementy. W najgorszych chwilach „The Mandalorian” uwidocznił, że Lucasfilm kopiuje w nim schematy opowiadania wywiedzione ze swoich animacji. Jak na dłoni widać to było w metodach inscenizowania akcji i dramatu oraz trzydziestominutowym formacie odcinków, który budował konieczność utrzymania raptownego tempa. Przeniesienie wzorców z „The Bad Batch” i „Wojen Klonów” w konwencję live-action twórcom się jednak udawało – mimo pewnych słabostek serialu jest on do tej pory przeważnie bardzo udaną przygodówką, którą traktować można jako trafiony suplement gwiezdnowojennego kanonu. Tego samego nie można niestety powiedzieć na chwilę obecną o „The Book of Boba Fett”, który wypada w pierwszym odcinku niczym niezręczna próba powtórzenia tempa, rytmu i dramaturgii lucasfilmowych animacji w formie aktorskiej.

Boba Fett powraca do czasów „Powrotu Jedi”

Akcja serialu rusza natychmiast po zakończeniu drugiego sezonu „The Mandalorian”, w którym zobaczyliśmy, jak Fett zasiada na tronie Jabby i z osobliwą łatwością obejmuje władzę nad kryminalnym imperium Hutta. Sporą część odcinka zajmują jednak nie próby zapanowania nad chaosem półświatka po okresie bezkrólewia, a retrospekcje opisujące losy łowcy nagród od czasu „Powrotu Jedi”. Dość będzie powiedzieć, że widzowie otrzymują tu scenę, o której fantazjowano zapewne jeszcze w 1983 roku, choć jej wykonanie i tempo ustępuje wersji, którą lata temu „na żarty” pokazała animowana seria „Robot Chicken”. Wspominki niewoli u Tuskenów zajmują większą część pierwszego odcinka i są jego najbardziej udanym elementem – Favreau nie po raz pierwszy ciekawie opowiada o rdzennych mieszkańcach Tatooine. Z kolei główny wątek serialu już na starcie wydaje się wymęczony i (jeszcze, miejmy nadzieję) niezbyt starannie umotywowany. Choć Temuera Morrison raz jeszcze bardzo swobodnie i brawurowo odnajduje się w roli, to trudno odczytać w nim tego samego łowcę nagród, którym Fett był w oryginalnej trylogii. Z jednej strony trudno sie dziwić. Wszak jego rola w filmach sagi Lucasa ogranicza się głównie do efektownego wypełniania kadru. Solowy projekt był więc gwarantem, że z tamtej mistyki zostanie prędzej czy później odarty. Z drugiej strony serialowy Fett nawet w retrospekcjach zachowuje się niespójnie wobec szeregu opowieści filmowych oraz tych, które toczą się w kanonie poza nimi. W „The Book of Boba Fett” tytułowy łowca to dobroduszny outsider z potencjałem na wzorcowego herosa, a nie bezlitosny oportunista z talentem do dezintegracji. Nawet jeżeli taką ścieżkę przygotowano dla niego w scenariuszu, uruchomienie procesu przekształcenia Fetta w bohatera już na samym początku historii trąci fałszem.

Spin-off nie dorównał „The Mandalorian”

Dodajmy też, że wiele elementów „The Book of Boba Fett” zrealizowano zgodnie ze sprawdzoną recepturą „The Mandalorian”. Ścieżka dźwiękowa naśladuje brzmienia Göranssona (kompozytor odpowiada tym razem jedynie za „piracki” motyw przewodni). O oryginalnym serialu przypominają też elementy oprawy, karty tytułowe i grafiki koncepcyjne. Całość blednie jednak w zestawieniu z zupełnie nienatchnioną reżyserią i najwyraźniej mocno uszczuplonym budżetem. Choć w poszczególnych komponentach produkcji (animatronice, rekwizytach, scenografiach i kostiumach) widać staranność charakterystyczną dla projektów Lucasfilmu, to sposób związania ich w kadrze nieraz trąci tandetą i skojarzeniami z fanowskim cosplayem. Warto dodać, że za kamerą pierwszego odcinka stanął Robert Rodriguez, który nie zdołał powtórzyć tu sukcesu swojego, wyładowanego brutalną akcją, rozdziału z drugiego sezonu „The Mandalorian”. W rękach reżysera „Maczety” w odcinku brakuje dynamizmu, dialogi wydają się drętwe, a filmowane postacie i lokacje – choć czerpią z kultowego źródła – sprawiają wrażenie sztucznych i sterylnych. Warto przywołać chociażby scenę w sali tronowej, która mniej kojarzy się tu z początkowymi scenami „Powrotu Jedi”, a bardziej z disnejowskim parkiem rozrywki Galaxy's Edge.

Sprawdźcie też: Główny motyw muzyczny i spoilerowe grafiki z 1. odcinka „The Book of Boba Fett”.

To powiedziawszy, nie należy przekreślać „The Book of Boba Fett” już po jednym odcinku, skoro i „Mandalorianowi” zdarzały się wpadki. Na ten moment trudno spekulować, w jakim kierunku zmierza seria, skoro jej główny wątek na dobrą sprawę jeszcze się nie rozkręcił. Wprowadzeniu z pewnością zabrakło jednak tej samej ikry i pomysłowości, którymi trzy lata temu zachęcono widzów do odległej galaktyki w wydaniu na mniejszym ekranie.

Ocena pierwszego odcinka „The Book of Boba Fett”: 3/6

zdj. Disney