„What If…?” – spoilerowa recenzja drugiego odcinka. Czarna Pantera i przygody Ravagersów

W zeszłym tygodniu recenzowaliśmy dla Was debiutancki rozdział „What If…?, a już dziś zapraszamy do SPOILEROWEJ recenzji drugiego odcinka. Jak wypada crossover „Czarnej Pantery” i „Strażników Galaktyki”, przepuszczony przez filtr nowej serii animowanej MCU? Zapraszamy do lektury.

Gdy parę tygodni temu w sieci zadebiutowały pierwsze opinie o „What If…?”, drugi odcinek opisywano jako najmocniejszy spośród kilku pierwszych rozdziałów animacji. Teraz wiemy, że nie bez powodu. I tym bowiem razem „What If…?” okazało się świetną zabawą dla największych fanów Marvela, ale całość zadziałała też na bardziej samodzielnym poziomie. W rozdziale o Kapitan Carter, alternatywny bieg wydarzeń trzymał się (mimo pewnych odstępstw) dość blisko wzorca ustalonego „Pierwszym starciem”. Tym razem, wydarzenia biegną swobodnie, choć towarzyszą im drastyczne odstępstwa od materiału źródłowego, zaś znane postacie przyjmują zupełnie inne role i bynajmniej nie ogranicza się to tylko do T’Challi przejmującego rolę Star-Lorda od Petera Quilla. Druga półgodzinna opowieść jest znacznie bardziej nieprzewidywalna, chętniej wcielająca elementy (miejsca, postacie, rekwizyty) z szeregu widowisk kinowych i tym bardziej satysfakcjonująca gdy znane elementy układanki albo wpadają w swoje miejsce, albo możliwie od niego najdalej. W nawigowaniu między tym, co znane i tym, co pomysłowo odwrócone pomaga gwiazdorska obsada przeniesiona wprost z filmowych odpowiedników: Karen Gillan, Michael Rooker, Djimon Hounsou, Josh Brolin, Benicio del Toro, Kurt Russell, Sean Gunn i oczywiście Chadwick Boseman, który wraz z bardziej uszlachetnioną wersją Star-Lorda podarował fanom swój ostatni wkład w rozwój MCU.

Tego, że T’Challa okaże się zupełnie innym Star-Lordem od pierwowzoru Chrisa Pratta dowiadujemy się już z pierwszej sceny odcinka, zmieniającej opening „Strażników Galakatyki”. W tej wersji wydarzeń Star-Lord to wypełnienie autokreacyjnych fantazji Petera Quilla: cnotliwy banita, kosmiczny Robin Hood i żywa legenda, nawet dla znanego z filmu Koratha Prześladowcy. W duchu pierwszych „Strażników” na początku otrzymujemy też retrospekcję, która sięga do 1988 roku i przetasowuje czuwającego nad umierającą matką Quilla z młodym T’Challą, zabranym przez Yondu i jego niezdarnych Ravagersów, szukających na Ziemi Celestianina Ego. We „współczesności” T’Challa bierze na siebie zadanie odnalezienia niejakich Zarodków Stworzenia, bezcennego pyłu z pradawnej supernowej, który pomoże odżywić ekosystemy na umierających planetach. Bezinteresowna misja krzyżuje losy alternatywnego bohatera z Taneleerem Tivanem aka Kolekcjonerem, który objął rolę króla kosmicznego półświatka po odejściu Thanosa.

What If Kolekcjoner i T'Challa

„What If...?” to miejsce, w którym łotrzy mogą przeistoczyć się nie tylko w gorszych łotrów, a również w nieoczekiwanych herosów. W tym kontekście bodaj najlepszym zwrotem akcji odcinka jest wprowadzenie do fabuły gruntownie odmienionego Szalonego Tytana. Nemesis Avengersów z innego biegu czasu powraca w przekształconym uniwersum nie jako psychopata z planem na wymordowanie połowy wszechświata, a zreformowany dobroczyńca, który po rozmowie z T’Challą odnalazł alternatywne sposoby na redystrybucję zasobów w kosmosie. Plany na ludobójstwo co prawda wciąż chodzą mu po głowie, ale na zewnątrz wydostają się tylko tytułem obciachowych komentarzy w stylu konserwatywnego wujka-radykała i nie znalazłby się nikt, kto wziąłby je na poważnie. Wprowadzenie odmienionego Thanosa to przy okazji świetny żart z Petera Quilla. Jakby filmowy bohater Chrisa Pratta miał jeszcze mało za uszami po spapranym starciu z Thanosem w „Avengers: Infinity War”, teraz możemy przypisać mu jeszcze niedoprowadzenie do pokojowego rozpracowania Szalonego Tytana, tak jak udało się to innemu Star-Lordowi.  

Odmienienie Thanosa – przyczajonego antagonisty pierwszych faz kinowego uniwersum Marvela – pociąga ze sobą dalsze konsekwencje wobec znanego kontinuum. Przykładowo, odcinek na krótko wprowadza do fabuły Draxa. W tej wersji wydarzeń, Tytan nie zamordował żony i córki bohatera toteż mamy okazję zobaczyć inną, znacznie bardziej optymistyczną wersję Strażnika. Po pierwszym planie szybko przesuwają się inne remiksy, wprawione w ruch wraz z heistowym rytmem odcinka: Nebula jako nieprzenikniona femme fatale, Kolekcjoner jako kosmiczny Kingpin trzymający władze z pomocą Czarnego Zakonu, Kaczor Howard, który wreszcie wychodzi zza przeszklonej ekspozycji i odgrywa w narracji pewną (niewielką, ale zawsze coś) rolę. Wywrotowa natura „What If…?” pozwala na zaistnienie takim postaciom w sposób, jakiego nie mieliśmy okazję zobaczyć w kinowych widowiskach i dla fanów Marvela będzie to z pewnością prawdziwa frajda. Podobnie jak przeczesywanie drugiego planu w poszukiwaniu odwołań do innych filmów: tarcz, młotów, korony asgardzkiej bogini śmierci i tak dalej.

Przy całym zacięciu do porozumiewania się przede wszystkim ze swoimi wieloletnimi fanami, warto przyznać, że historia posklejana tu ze skrawków MCU działa całkiem jednorodnie. Jakkolwiek skrótowo i umownie wypadają w historii T'Challi i jego Ravagersów niektóre zwroty fabularne, drugi odcinek podejmuje parę sprawdzonych schematów z oryginalnych filmów. Motywy alternatywnej rodziny, poszukiwania swojego miejsca we wszechświecie i podejmowania utraconego dziedzictwa Marvel opanował już do perfekcji. Nawet w wersji skompresowanej do półgodzinnej animacji, studio zdołało tym razem opowiedzieć coś, co będą w stanie docenić nie tylko maniacy marvelowej intertekstualności, a również ci, którzy oczekują od alternatywnej zabawy przede wszystkim solidnej narracji, dobrych emocji i jakościowego wykonania. 

Ocena końcowa: 5/6

Zdj. Disney / Marvel