Od 2 listopada na ekranach kin można zobaczyć długo wyczekiwany film „Bohemian Rhapsody”, opowiadający o zespole Queen i jego wokaliście, słynnym Freddiem Mercurym. Akcja obrazu Bryana Singera skupia się na okresie od założenia kultowego zespołu, aż po koncert Live Aid w 1985 roku. Warto nadmienić – zwłaszcza w kontekście miałkości finalnego produktu – że obraz ten rodził się dosłownie w bólach i mękach. „Bohemian Rhapsody” powstawało przez osiem lat, pierwotny odtwórca głównej roli – Sacha Baron Cohen – zrezygnował z roli Mercury'ego, a Singera zwolniono w trakcie realizacji projektu z powodu częstych nieobecności na planie filmowym i – choć jego nazwisko wciąż sygnuje „Bohemian Rhapsody” – stołek reżysera objął Dexter Fletcher, odpowiedzialny za takie filmy jak „Wild Bill” czy „Eddie zwany Orłem”. Na pytanie, czy warto było tyle czekać, odpowiadamy w naszej mocno krytycznej recenzji samego filmu. Poniżej natomiast czeka na Was garść przemyśleń na temat soundtracku.