Dan O'Bannon „Alien. Oryginalny scenariusz” – recenzja komiksu

Niedługo przed świętami ukazała się na polskim rynku adaptacja oryginalnego scenariusza pierwszego „Obcego”. Zapraszamy do recenzji.

Od przeszło ćwierć wieku „Obcy” utrzymuje swą pozycję na podium moich ulubionych filmowych serii. W ciągu tych wszystkich lat, prócz niezliczonych powtórek wszystkich filmów, wielokrotnie miałem do czynienia także z innymi wcieleniami tej popularnej franczyzy. Była gra planszowa oparta na drugim filmie, gry komputerowe z serii „AVP”, a także książki i w końcu komiksy. Spośród tych wszystkich wcieleń to komiksowe było bodaj najbardziej problematyczne, bowiem prócz dwóch tytułów („Aliens vs. Predator”, „Aliens: Labirynt”) wszystko w tym temacie okazywało się mniej lub bardziej rozczarowujące. Za doskonały przykład takiego stanu rzeczy posłużyć może zeszłoroczna adaptacja niezrealizowanego scenariusza „Obcego 3” autorstwa Williama Gibsona, której recenzję znajdziecie tutaj.

Gdy jakiś czas później okazało się, że wydawnictwo Scream wyda na naszym rynku kolejną pozycję o nieco zbliżonym charakterze, podchodziłem do tej wiadomości z mniejszym niż poprzednio entuzjazmem. Tym razem wzięto na warsztat oryginalny scenariusz pierwszego filmu, autorstwa Dana O'Bannona, jednak w przeciwieństwie do scenariusza Gibsona do „trójki”, który z gotowym filmem nie miał praktycznie nic wspólnego, tym razem otrzymujemy alternatywną wersję znanej historii w dużej mierze pokrywającą się z jej ostateczną formą, która trafiła na kinowe ekrany. A skoro tak, to twórcy tej adaptacji musieliby się bardzo „postarać”, by uraczyć nas kolejnym, równie ciężkostrawnym koszmarkiem. Już w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że nic takiego nie miało miejsca.

Scenariusz zmarłego w 2009 roku Dana O'Bannona został poddany szeregowi modyfikacji przez Waltera Hilla i Davida Gilera, nim przyjął swą ostateczną postać, jednak wszystkie zmiany, jakie wprowadzono, nie modyfikowały oryginalnego zamysłu na tyle, by odbiegł on znacząco od pierwotnej wizji. Co za tym idzie, O'Bannon wciąż figurował na liście płac jako jedyny scenarzysta. Czytając niniejszą adaptację, przekonamy się na własnej skórze o zasadności takiego stanu rzeczy.

Punkt wyjścia, jak i niemal całość przebiegu akcji pozostają w zgodzie ze znanym nam doskonale klasykiem kina science fiction: załoga międzygwiezdnego frachtowca „Snark” zostaje wybudzona z hibernacyjnego snu, by zbadać tajemniczy sygnał dochodzący z pobliskiej planetoidy. Tam natykają się na śmiertelnie niebezpieczną obcą formę życia i zaczyna się walka o przetrwanie. Istotniejszych różnic wskazać można zaledwie kilka. Pierwszą z nich jest załoga – jako że O'Bannon nie zaznaczał w scenariuszu płci poszczególnych postaci, nastąpiło pewne przetasowanie ról, o którym zadecydowali twórcy komiksu. Odpowiednik Ripley, Martine Roby (wszystkie nazwiska postaci są inne niż w finalnej wersji), to, co prawda, wciąż kobieta (z tym że ciemnoskóra), ale kobietą jest także kapitan Standard. Jednym z problemów tej adaptacji jest to, że większość bohaterów trudno mi było polubić czy też w ogóle przejąć się ich losami (co, jak wiadomo, jest jedną z mocnych stron filmu, w którym ekipa aktorska spisała się na medal). Pomijając już kwestie charakteru i zachowania, prócz krasnoludopodobnego łysego brodacza, Huntera, pozostała część załogi prezentuje się też mocno nieciekawie pod względem wyglądu. Królują paskudne podgolone fryzurki, którą nosi połowa z nich (w tym także pani kapitan), w mojej opinii nijak nieprzystające do filmowego konceptu „truckers in space”, w dodatku dwóch bohaterów wciąż mi się mieszało, choć niby różnili się kolorem włosów. Osobiście preferowałbym tu stylistykę korespondującą z czasami, w których adaptowany scenariusz powstał – niestety ktoś zdecydował inaczej. Przed lekturą komiksu zastanawiałem się, czy będzie się w nim dało odczuć inne współczesne trendy, ale prócz wyczuwalnego posmaku „girl power” (który jest jednak w tej serii obecny od zawsze i nigdy mi nie przeszkadzał) nie stwierdzono tego typu wtrętów. A mogło być różnie – wszak w którejś z wersji scenariusza znajdowały się elementy romansu głównej bohaterki z kapitanem (z którego tutaj zrobiono kobietę).

A teraz mała porcja fabularnych spoilerów porównawczych – ci, którzy woleliby zostać nimi zaskoczeni podczas lektury, mogą przejść do kolejnego akapitu. Pierwszą istotną różnicą jest fakt, że załoga podejmuje dwie wyprawy na powierzchnię planetoidy – pierwszą do wraku obcego statku, w którym znajdują martwego pilota, i drugą do tajemniczej piramidy, w której natykają się na jaja obcych. Tam zaś jeden z bohaterów zachowuje się równie idiotycznie co członkowie załogi „Prometeusza”. Bodaj największą różnicą pozostaje jednak brak postaci i całego wątku zdradzieckiego androida, który dodali do scenariusza Giler i Hill, a który sam O'Bannon uważał za zupełnie  zbyteczny (innego zdania był współpracujący z nim Ronald Shusett). Trzecią różnicą jest nieco odmienny niż w filmie plan na rozprawienie się z obcym w finale, przy czym różnica polega bardziej na tym, że bohaterowie chcieli zrobić co innego, niż im ostatecznie wyszło, ale splot okoliczności doprowadzi ostatecznie do niemal identycznego z filmowym zakończenia.

Prócz wyżej wymienionych różnic, mamy jeszcze drobne, choć czasami zaskakujące przesunięcia akcentów. Bywa, że pewne czynności i akcje podejmowane przez bohaterów są między nich rozdysponowane nieco inaczej niż w finalnej wersji albo efekty tych działań są odmienne. Mimo tego całość podąża dobrze nam znaną ścieżką, tylko chwilami nieco z niej zbaczając. Warto także wspomnieć o tym, że zamysłem twórców komiksu było odcięcie się od znanej nam z filmów warstwy wizualnej i przedstawienie alternatywnej wersji wyglądu kultowego kosmity, jak również innych znanych z filmu elementów. Jak to wypada? Cóż, widać, że próbowano pokazać to nieco inaczej, ale nie udało się od oryginału oderwać na tyle, by rzeczywiście można było o nim choć na chwilę zapomnieć. Sam ksenomorf kojarzy się tu raczej z tanią podróbką z filmów w rodzaju „XTRO II, a na alternatywnego „twarzołapa” chyba w ogóle zabrakło sensownej koncepcji. Skoro już jesteśmy przy warstwie wizualnej, to chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że jako antyfan sporej części współczesnych ilustracji komiksowych nie byłem zachwycony tym, jak rysowane są postacie (szczególnie odstręczająco wypada pani kapitan), natomiast przypadły mi do gustu tła, wnętrza i całe otoczenie prezentowane z odpowiednią dawką mroku, której brakowało mi w recenzowanej rok temu adaptacji scenariusza Gibsona. Ich „feeling” jest tu całkiem adekwatny do prezentowanej historii, gdyby jeszcze postacie wyglądały lepiej i nie gryzły się tak z tłami (a przy okazji ich wygląd przypominał coś, co mogło być wymyślone w latach 70.), byłoby naprawdę nieźle.

Jeśli chodzi o płynność czytania, również jest zdecydowanie lepiej niż w „Obcym 3”, ale ma na to wpływ kilka czynników – raz, że historia o wiele prostsza, a więc i łatwiejsza do przeniesienia na karty komiksu, a dwa – to wciąż ta sama, dobrze nam znana opowieść, więc i pogubić się byłoby trudno. Mimo to zdarzyły się bodaj dwa momenty, gdzie musiałem się cofnąć o stronę czy dwie i sprawdzić, czy coś mi nie umknęło. Najlepszym przykładem takiej sytuacji jest motyw z zabraną z obcego statku podczas pierwszej wycieczki „pamiątką”. Cristiano Seixas, odpowiedzialny za przekonwertowanie scenariusza do postaci komiksu, otrzymuje za swoje wysiłki czwórkę.

Co się tyczy tłumaczenia, to podobnie jak w przypadku „Aliens: Labirynt” odpowiada za nie Robert Lipski. Jego tendencja do upychania w tłumaczeniu odpowiednika każdego angielskiego słowa bez względu na to, czy to rzeczywiście konieczne (lub wskazane), która w tamtym komiksie bywała irytująca, tym razem nie dawała mi się specjalnie we znaki, a tekst czytało się nieco płynniej, co nie znaczy, że zgrzytów całkowicie uniknięto. Przykładowo: zdanie „Czy istnieje możliwość abyś skrócił czas napraw i zyskał dla nas możliwość natychmiastowego wylotu” zdecydowanie mogłoby brzmieć zgrabniej i bardziej „po polsku”. Pojedyncze literówki także się pojawiły.

Ogólne wrażenie z lektury pozostaje całkiem... przyzwoite. Fakt faktem, obcowanie z obcym (sic!) w takiej postaci, gdy brak nam wzorowo zrealizowanej warstwy wizualnej filmu Scotta (a to, co dostajemy w zamian, jest „tylko” OK) czy choćby pogłębienia postaci, które miała do zaoferowania nowelizacja Alana Deana Fostera, nie jest aż tak satysfakcjonujące, a sama prostota scenariusza może zacząć nam w tym momencie doskwierać jako jego wada. Mimo to, ta alternatywna wizja może stanowić interesującą ciekawostkę dla wszystkich fanów. Nie jest to z pewnością pozycja rozczarowująca i męcząca jak adaptacja scenariusza Gibsona, ale z drugiej strony z pewnością nie należy oczekiwać po niej zbyt wiele. W przeciwieństwie do „Obcego 3”, otrzymujemy tu jedynie niewielką ilość nowego materiału, a niektóre wybory stylistyczne potrafią razić (z tego, co zdążyłem zauważyć – nie tylko mnie), bo całość wygląda trochę tak, jak mógłby wyglądać filmowy remake „Obcego” powstały w 2020 roku. Polecam podchodzić z umiarkowanymi oczekiwaniami, a powinno być OK.

Oceny końcowe

4
Scenariusz
3+
Rysunki
4
Tłumaczenie
4+
Wydanie
6
Przystępność*
4
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

 Dan O'Bannon, Cristiano Seixas

Rysunki

 Guilherme Balbi

Przekład

 Robert Lipski

Oprawa

 twarda

Liczba stron

 112

Druk

 kolor

Format

 170x260 mm

Wydawnictwo oryginału

 Dark Horse Comics

Data premiery

 2020

Dziękujemy wydawnictwu Scream za udostępnienie egzemplarza komiksu.

źródło: zdj. Dark Horse Comics / Scream