„Kapitan Ameryka” tom 6: „Odrodzenie” – recenzja komiksu. Powrót z martwych

Kapitan Ameryka” Eda Brubakera rozkręca się coraz mocniej. Z pozoru niewinna seria rozpoczęta przez „Zimowego Żołnierza” doczekała się już 6 tomów, wysokiej sprzedaży w naszym kraju i potwierdzenia wydawcy, że to jeszcze nie koniec. I dobrze, bo Kapitan jest tylko jeden i fajnie, że w końcu wrócił.

Nie obwiniajcie mnie za spoilery, ale jeśli już same podtytuły komiksów o Kapitanie Ameryce dość jasno zapowiadają, co wydarzy się w danym tomie, trudno jest ukrywać najważniejsze elementy fabuły. Tak, Steve Rogers nie żyje od 3. tomu runu Eda Brubakera. Było to jedno z przełomowych wydarzeń w komiksach Marvela wydawanych kilkanaście lat temu. Równie ważne jest jednak to, co dzieje się w recenzowanym 6. tomie o podtytule „Odrodzenie”. Rogers wraca z martwych. Jak to w komiksach, śmierć nigdy nie jest wieczna. Wielokrotnie jednak spotykałem się w historiach superhero z powrotami bez pomysłu i po najprostszej linii oporu. U Brubakera na szczęście tak nie jest, a odrodzenie Rogersa (mimo nadmiaru naukowego bełkotu) wytłumaczono całkiem przyzwoicie.

Przyznaję, nie jestem fanem mieszania bohaterów w komiksach i wrzucania ich w strój, który zwyczajnie do nich nie pasuje. Mam tak z Falconem w serialu „The Falcon and the Winter Soldier”, ale dokładnie to samo odczuwałem w poprzednich dwóch tomach „Kapitana Ameryki”, gdy tarczę przejął Bucky Barnes. Bucky to idealny sidekick Steve’a, najlepszy przyjaciel, a jednocześnie postać na tyle wyrazista i charakterna, że zwyczajnie nie pasuje do ubierania obciachowego stroju Capa. Według mnie nie działało to w tomie 4. i 5., więc z ulgą przyjąłem koniec eksperymentu, jakiego jesteśmy świadkami w recenzowanym story arcu (nieprzypadkowo numerowanym od 1 do 6).

kapitan-ameryka-tom-6-odrodzenie-komiks-egmont-marvel-min.jpg

Z drugiej strony doceniam jednak Brubakera, który – pisząc wprost – miał jaja, by uśmiercić kultową komiksową postać, szokując przy tym czytelników. Nawet jeśli wszyscy wiedzieli, że Steve powróci, to przez kilkanaście zeszytów mieli okazję poczuć, jak wygląda świat bez Rogersa, jak zachowywać się będą jego przyjaciele i kto wypełni po nim lukę. Brubaker pisał to kilkanaście lat temu, a dziś z tym samym mierzą się scenarzyści Marvel Cinematic Universe (i według mnie trochę średnio im to wychodzi).

W szóstym tomie, ale też w poprzednich, dużo lepiej od postaci Bucky’ego podobała mi się droga, jaką przeszła Sharon Carter. Nawet mimo zapewne pozornego happy endu na samym końcu. Bohaterka przeszła wiele, a w samej historii pisanej przez Brubakera, to przecież ona odgrywała kluczową rolę w planie Red Skulla. W efekcie wypadała dużo lepiej niż np. Czarna Wdowa.

„Kapitan Ameryka: Odrodzenie” udanie pokazuje też ten dość osobliwy, ale warty bliskiego poznania moment w komiksach Marvela, gdzie władzę i „własnych Avengers” posiada Norman Osborn, pociągając za sznurki w całej tej intrydze. Mając za sobą też pierwszy tom „Fantastycznej Czwórki”, łatwiej było mi odnaleźć się w tym całym zamieszaniu, a i sam Reed Richards odgrywa w jednym z zeszytów istotną rolę. W tym miejscu doceniam też Egmont, który dość odważnie sięga po klasykę Marvela, która nie jest wcale taka odległa, bo mówimy o historiach rozgrywających się niedługo przed ofensywą Marvel Now. A to przecież nie koniec, bo Steve wróci jeszcze w dwóch tomach zapowiedzianych na 2022 rok.

kapitan-ameryka-tom-6-odrodzenie-komiks-egmont-recenzja-min.jpg

Mimo poruszania najważniejszych fabularnych kwestii staram się maksymalnie ograniczyć wgłębianie się w szczegóły „Odrodzenia”, gdyż czerpałem dużą radość z cierpliwego odkrywania tajemnic tego story arcu. Ma on swój początek, cierpliwe rozwinięcie i – jak to w tego typu sytuacjach bywa – wybuchowy koniec. Walki i pojedynków nie jest zbyt dużo i pojawiają się w odpowiednim momencie (co też uznaję za atut). Trafione są też retrospekcje, ale o co dokładnie chodzi, musicie sprawdzić sami.

Podoba mi się też konsekwentny styl rysowania runu Brubakera przez zaufanych artystów, na czele z Rogerem Sternem i Bryanem Hitchem, ale bez… Steve’a Eptinga. To tak naprawdę pierwszy tom bez jego udziału, co jednak w żaden sposób nie wpływa na odbiór wizualny całego tomu. Gęsta, brudna, deszczowa i ponura atmosfera (niczym w klasycznych kryminałach Brubakera) jest obecna i tutaj. Do scenariusza pasuje idealnie i nie wyobrażam sobie, by miała wyglądać inaczej.

Podsumowanie

Dzięki wydawnictwu Egmont od ponad 2 lat mamy możliwość nadrabiać jeden z najlepszych runów o Kapitanie Ameryce. Ed Brubaker, fachowiec w każdym calu, wykonał kawał dobrej roboty, szczególnie gdy przypomnimy sobie „potworki” z Marvel Now! 2.0 z Rogersem w roli głównej. „Kapitan Ameryka” to jedna z najlepszych obecnie wydawanych serii przez Egmont i warto ją śledzić do samego końca, który prawdopodobnie nastąpi jeszcze w tym roku.

Więcej recenzji komiksów Marvela, które mogą Cię zainteresować:

Oceny końcowe

4+
Scenariusz
5
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
4
Przystępność*
4+
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum. 

Specyfikacja

Scenariusz

Ed Brubaker

Rysunki

Butch Guice, Brian Hitch, Luke Ross

Oprawa

twarda

Druk

Kolor

Liczba stron

232

Tłumaczenie

Bartosz Czartoryski

Data premiery

19 stycznia 2022

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Egmont / Marvel