„Star Wars: Ahsoka” – recenzja serialu od Disney+. Lot w (Nie)znane Regiony

Gwiezdne wojny” powracają na małe ekrany. Trzy miesiące po tym, jak w ofercie Disney+ pojawiła się druga antologia animowanych krótkich metraży „Wizje”, widzowie otrzymują okazję, by ponownie zawitać do odległej galaktyki w wersji aktorskiej. Jak wypada solowe spotkanie z Ahsoką Tano? Sprawdźcie naszą opinię na temat dwóch premierowych odcinków.

Czy warto obejrzeć serial „Ahsoka”? Recenzja i opinia o nowym serialu „Star Wars”

Jako pierwszy spośród aktorskich seriali z „Gwiezdnych wojen”, „Ahsoka” rozpoczyna się od sekwencji napisów dryfujących w kosmicznej przestrzeni. Podobnie, jak w klasycznych filmach wprowadzają one widzów w wydarzenia nowej opowieści, ale w odróżnieniu od kinowych widowisk George'a Lucasa, J.J. Abramsa i Riana Johnsona, stylistyką nawiązują do „Wojen klonów”. Dave Filoni, twórca zarówno tamtej animacji, jak i najnowszego serialu aktorskiego, sygnalizuje w ten sposób powrót do korzeni gwiezdnej sagi, ale przede wszystkim kontynuację wątków z produkcji „rysowanych”. 

I rzeczywiście, tak jak sugerowały najwcześniejsze opinie o serialu, trudno sobie wyobrazić (udane) obcowanie z nim bez świadomości wydarzeń z pozafilmowego kanonu. Dwa pierwsze odcinki wprowadzają szereg postaci z seriali animowanych – „Wojen klonów”, ale przede wszystkim rozgrywających się przed oryginalną trylogią „Rebeliantów” – powieści, a nawet gier wideo. Konstrukcja fabuły pierwszych dwóch odcinków jest wprawdzie niezwykle prosta – prowadzi widzów po wyraźnym łańcuchu, wprowadza czytelny mechanizm w postaci starożytnego artefaktu skrywającego mapę – ale może to być zbyt mało, by utrzymać uwagę widzów, którzy nie pochłaniają każdego skrawka treści osadzonych w świecie „Gwiezdnych wojen”. Dla takich widzów, choćby z uwagi na realizację (więcej o niej za chwilę), „Ahsoka” może okazać się jedną z licznych produkcji z „Gwiezdnych wojen”, które w przepastnym katalogu Disney+ przechodzą bez większego echa. A przynajmniej po dwóch odcinkach. Jak wypadnie zatem seria, gdy odłożymy na bok konieczność skomunikowania się z widzami dopiero wchodzącymi w świat „Gwiezdnych wojen”? 

Koniecznie sprawdź:

rosario dawson jako ahsoka w serialu disney plus-min.jpg

Klimatyczna, ale nierówna przygoda Ahsoki Tano

Wystarczy zerknąć na Reddit, by przekonać się, że wielu fanów natychmiast zachwyciła nowa seria z „Gwiezdnych wojen”. I dlaczego nie? Po latach oczekiwania i paru epizodycznych występach w „The Mandalorian” wreszcie otrzymali okazję, by zobaczyć przygody ulubionej bohaterki w live-action. Mało tego: złączone z wątkiem kultowego Thrawna, postaci znanej z celebrowanych powieści dawnego i bieżącego kanonu. W nowej serii Ahsoka, dawna Jedi i była padawanka samego Anakina Skywalkera, rusza śladem genialnego admirała Imperium, którego po raz ostatni widzieliśmy na ekranie w zakończeniu animacji „Rebelianci”. W toku dwóch pierwszych rozdziałów, których głównym zadaniem jest położenie fundamentów pod właściwy początek głównego wątku serialu, bohaterka zagrana przez Rosario Dawson odwiedza starożytne ruiny, łączy siły z dawnymi sojusznikami, krzyżuje miecze świetlne ze starymi i nowymi wrogami i raz jeszcze trafia w samo centrum walki o dobrobyt galaktyki. Ponieważ znajdujemy się we wprowadzonej serialem „The Mandalorian” erze raczkującej jeszcze Nowej Republiki serial spędza nieco czasu na zarysowaniu, jak nowa misja Ahsoki wpisuje się w nowy stosunek sił w galaktyce zamieszkałej przez przedstawicieli świeżo ustanowionego rządu i imperialnych lojalistów. 

Na horyzoncie pojawia się też zupełnie nowe zagrożenie: ocalały z Rozkazu 66 rycerz Jedi, który porzucił filozofię upadłego zakonu. Z Ahsoką łączą go nie tylko próby wytyczenia własnej ścieżki w galaktyce, ale i misja odnalezienia Thrawna. W jakim celu – tego na tym etapie nie wiemy. Tajemnicza postać charyzmatycznie zagrana przez zmarłego kilka miesięcy temu Raya Stevensona nie otrzymała jeszcze na ekranie zbyt wiele czasu, ale i tak wiąże się z mocniejszymi elementami dwuodcinkowej premiery. Obecnie siła wyrazu „Ahsoki” opiera się z resztą przede wszystkim na aktorskich kreacjach. Zwłaszcza Mary Elizabeth Winstead, której przypadła rola eks-rebeliantki Hery Syndulli oraz Natashy Liu Bordizzo, wcielającej się w Sabine Wren. Obie aktorki (zwłaszcza Winstead) doskonale przenoszą postacie znane z „Rebeliantów”, przywołując ducha Nowej Przygody z najlepszych obrazów z „Gwiezdnych wojen”.

Mary Elizabeth Winstead jako Hera Syndulli w serialu Ahsoka Disney plus-min.jpg

Co jednak zaskakujące, znacznie słabiej w tytułowej kreacji prezentuje się sama Rosario Dawson. I nie jest to nawet wina samej aktorki, która drobiazgowo imituje swój animowany pierwowzór, a scenariusza i chłodnego sposobu sportretowania jej przez reżysera. Metody, jakimi Ahsokę opisuje Dave Filoni przetwarzają z resztą najgorsze tendencje jego serialowych dokonań w obrębie świata Lucasa – mimo staranności i niewątpliwego uczucia do tej postaci. Bohaterka jest w dwóch pierwszych odcinkach osobliwie nieobecna, rysowana w oszczędnym dialogu i flegmatycznych scenach, których cel jest jasny, ale nigdy szczególnie odczuwalny. Z uwagi na centralną rolę w historii, Ahsoka popycha fabułę do przodu, ale pozostaje w tle każdej ze scen: wchodzi na pierwszy plan, gdy wymaga tego akcja i szybko ustępuje miejsca znacznie ciekawszym Bordizzo, Winstead i innym drugorzędnym postaciom. Można zrzucić to na karb samej narracji – w premierowych odcinkach bohaterka przechodzi istotny rozwój – ale Dawson serca, jako Ahsoka, nie kradnie. A przynajmniej (jeszcze!) nie pogłębia relacji, którą fani „Star Wars” mają już z byłą uczennicą Anakina. 

Przeciętne wprowadzenie samej Ahsoki to jednak niegłówny zarzut, jaki można mieć wobec nowego tytuły Disney+. Jest nim, po raz kolejny w obrębie tej platformy streamingowej, przeciętna warstwa realizacyjna. Serial sfilmowano bowiem przy wykorzystaniu masywnych ekranów Volume, służących budowaniu cyfrowych scenografii, jako zamiennik green screenu i realizacji plenerowej. Ponownie technologia ta okazuje się jednak zupełnie nietrafiona i – tak jak przy „Obi-Wanie Kenobim” – uniemożliwia zapomnienie, że przepastne pejzaże rzucono po prostu na tło płytkich scenografii. Problemy, których uniknięto w początkach „The Mandalorian” są tu bardzo zauważalne. Kadrowanie i wysoki klucz oświetleniowy uwidaczniają z resztą nie tylko ograniczoną budowę setów, a podkreślają trudną do pojęcia przy budżecie Lucasfilmu nierówną jakość charakteryzacji i kostiumów. Owszem, sama estetyka „Ahsoki” jest niezmiernie wyrazista i mocno odróżniona od wspomnianego serialu Jona Favreau. W metodach filmowania, stylowych ozdobnikach i klimatycznej ścieżce dźwiękowej, za którą odpowiada kompozytor-weteran Kevin Kiner (autor muzyki do „Wojen klonów” i „Rebeliantów”) pojawiają się chociażby pomysłowe aluzje do kina samurajskiego, w których nieodmiennie lubuje się Filoni. Ale takie smaczki oprawy nie wystarczają, by zamaskować sterylny charakter produkcji – a może wręcz, na zasadzie kontrastu, dodatkowo go podkreślają.

To nie koniec, to dopiero początek...

... i tego trzymamy się po premierze „Ahsoki”. W dwóch pierwszych odcinkach nowy serial Disney+ przemawia przede wszystkim do oddanych miłośników „Gwiezdnych wojen”. Intryguje z kolei zwłaszcza atmosferą: przenoszącą uwagę z powrotem na mistyczny wszechświat odległej galaktyki i kojarzącą się z grami z cyklu „Jedi” i opowieściami o doktor Aphrze, starwarsowym archeologu. A jednak szkoda. Bo o jednolicie wysokim poziomie niedoścignionego do tej pory „Andora” nie ma już mowy. 

Serial „Ahsoka” ocena końcowa pierwszych dwóch odcinków: 3+/6*

* Najwięksi fani „Gwiezdnych wojen” – przeczytajcie to jako „cztery z minusem,  minusem

zdj. Disney