Toma Cruise’a też prawie odmłodzono. Nowe „Mission: Impossible” mogło zabrać nas do lat 80.

Moda na cyfrowe odmładzanie gwiazdorów kina trwa w najlepsze i choć do tej pory najczęściej posługują się nią filmowcy pracujący dla Disneya, niewiele zabrakło, by i Paramount sięgnął do komputerowej technologii, by ująć lata twarzy swojego flagowego aktora. O niezrealizowanym pomyśle wobec filmu „Mission: Impossible – Dead Reckoning” opowiedział  właśnie reżyser Christopher McQuarrie.

Pomimo wysokich kosztów realizacji każdego z cyfrowo przetwarzanych ujęć, technologia „de-agingu” spotyka się z co najwyżej mieszanym odbiorem ze strony widowni. Mając w pamięci takie tytuły jak „The Mandalorian” (w serialu komputerową „maską” obdarzono obecnego na planie Marka Hamilla) czy ostatniego „Indianę Jonesa” (dysponującego długą sekwencją-retrospekcją osadzoną w czasach bliższych oryginalnym odsłonom cyklu) można dojść do wniosku, że technika nie odwraca uwagi tylko przy zastosowaniu odpowiedniej inscenizacji – zwłaszcza gdy odmłodzoną postać przedstawi się w odleglejszym planie. Innym kłopotem jest jednak ruch bohatera, który pociąga za sobą brzydki, cyfrowy efekt „rozmazania”, ilekroć ten nie znajduje się w kadrze w charakterze statycznej ozdoby. Właśnie w tym kontekście warto raz jeszcze wspomnieć „Artefakt przeznaczenia”, który nastrojową sekwencję starcia młodego Indy'ego z nazistami przetyka drastycznie sztucznymi ujęciami odmłodzonego Harrisona Forda.

Sprawdź też: „Twórca” trafił na okładki. Oto nowe grafiki z apokaliptycznego widowiska SF od reżysera „Łotra 1”

Nowe „Mission: Impossible” mogło pokazać najwcześniejszą przygodę Ethana Hunta

Z ryzyka w stosowaniu cyfrowego narzędzia doskonale zdaje sobie sprawę Christopher McQuarrie, reżyser ostatnich odsłon cyklu „Mission: Impossible”. Filmowiec mający w dorobku najlepszą część serii – debiutujący w 2018 roku „Fallout” – powrócił za kamerą „Dead Reckoning”, które w ramach pokazów przedpremierowych można już zobaczyć na ekranach naszych kin. W nowym wywiadzie wyjawił zaś, że niewiele brakowało, by nowa misja agenta Ethana Hunta rozpoczęła się w stylu ostatniej przygody Indiany Jonesa: od wydłużonego prologu osadzonego na samym początku chronologii cyklu. Taki zamysł miał doprowadzić do przedstawienia na ekranie odmłodzonej wersji Toma Cruise'a. „Pierwotnie na początku tego filmu miała znaleźć się dłuższa sekwencja osadzona w roku 1989” – czytamy w wywiadzie z McQuarrie'em na łamach GamesRadar+. „Rozmawialiśmy o czymś takim w charakterze prologu, omawialiśmy możliwość wprowadzenia retrospekcji i przyjrzeliśmy się technologii odmładzania”.

A jednak, ponieważ jednym ze znaków rozpoznawczych „Mission: Impossible” jest ograniczenie komputerowych poprawek obrazu do koniecznego minimum, twórcy zdecydowali się zrezygnować ze sceny, wierząc, że koniec końców odwróciłaby ona uwagę widzów. „Nawet w trakcie researchowania tego tematu zdarzało mi się powiedzieć i wow, to odmładzanie jest naprawdę dobre i wow, to odmładzanie wcale takie dobre nie jest. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie mogłem jednak skupić się na samej historii. Byłem tak rozkojarzony, patrząc na aktora, którego tak dobrze znam, a który nagle stał się tak młodą osobą”. 

Co ciekawe, pomimo powstrzymania się od zaangażowania do filmu młodego Ethana Hunta, McQuarrie nie wyklucza, że po technologię filmowego odmłodzenia sięgnie w przyszłości. „Badając temat, udało mi się – a przynajmniej tak myślę – rozgryźć jak najlepiej byłoby podejść do tej technologii. Do tego czasu postanowiliśmy zrezygnować z niej [przy „Dead Reckoning”], ale nigdy nie mówimy nigdy – może jeszcze po nią sięgniemy”.

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, rzućcie okiem na naszą przedpremierową recenzję „Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One”. Znajdziecie ją w tym miejscu.

Sprawdź też: Dlaczego „Obcy 5” nie wypalił? Neil Blomkamp nie chciał grać w „hollywoodzkie gierki”

Źródło: Games Radar / zdj. Paramount Pictures